wtorek, 23 lutego 2016

6. Wielki Wódda

12 XII 2015, piątek

Pamiętajcie! Rosja to nie kraj, to stan umysłu! Przyjedziesz tu raz, wyjdziesz na moment na miasto, a rano budzisz się w łóżku jakiegoś faceta w Kanadzie.
Na przykład.
Nie żebym doświadczył czegoś takiego. Ja po prostu dobrodusznie ostrzegam.
W każdym razie: łelkam tu de Raszja! To tutaj do obiadu popija się herbatkę z wódką, na śniadanie raczy się zestawem śniadaniowym ogórek+wódka, a na kolację jest pewne urozmaicenie – wódka z masłem! (Naprawdę tego nie rozumiem! Coś mi się nie chce wierzyć, aby statystyczny Putinianin sobie aż tak bardzo dogadzał. Ten Korniłow to już chyba był po obiedzie... A może nawet i po kolacji o 8:30 rano.)
W każdym razie Norwegowie zastosowali się do złotych rad Penisa i od razu ruszyli na wycieczkę krajoznawczą do monopolowego. Czekaj... Co? Peni... DENISA! No, wychodzi na to, że w Rosji alkohol unosi się w powietrzu, bo akurat dzisiaj byłem wyjątkowo trzeźwy. A to może błąd. Bo zapamiętałem dzisiejsze dantejskie sceny.
Jakie?
Nie chcę grzeszyć, ale opowiem...
O 9:00 rano w hotelowej restauracji odbyło się oficjalne zebranie zorganizowane przez komitet powitalny. Czytaj: Korniłow z przepychaczkowym berłem w dłoni, stojący na stole, Klimov, częstujący wszystkich napojem bogów, Hazetdinov, śpiewający „I believe I can fly” oraz reszta Rosjan tańcząca gdzieś na uboczu twista. To był przykry widok. Szczególnie, że zdecydowali się na krótkie spódniczki, kokosowe staniki i skarpetki do klapek. (Polacy aż się wzruszyli na ten widok.)
- Dzisiaj w kalendarzu Wielkiego Wóddy wybiła niesamowita data! Tylko dzisiejszego dnia Wódda będzie na tyle łaskawy, aby sprawić, że po degustowaniu alkoholu kac doskwierać nie będzie i życie będzie piękne! Wysłannicy Wielkiego Wóddy wypełniają swoją misję boską w każdym szanującym się sklepie, gdzie na półkach można znaleźć Dzieci Wóddy! Pierwszy z Wóddy zrodził się „Pan Tadeusz” – postawny i szanowany przez wszystkich – który dręczył Ojca o to, aby ten dał na świat jeszcze więcej Dzieci. I w ten sposób z nicości zrodziły się „Żubrówka”, „Wyborowa”, „Soplica” oraz „Finlandia”. Wszystkie cztery równie piękne, ale „Finlandia” najpiękniejsza. Każda z sióstr miała niezwykłe właściwości lecznicze. Nikt przy nich nie czuł się smutny czy też przygnębiony. Lecz Wielki Wódda zapragnął mieć jeszcze jednego syna. Jednak nie mógł mieć już więcej Dzieci. Wtem zaczął opłakiwać tą stratę, aż wypłakał Wielki Ocean, zwany dzisiaj powszechnie jako Bajkał, a gdy łzy wypełniły rów po brzegi, z samego środka Wielkiego Oceanu wyłoniło się dwóch braci – „Krupnik” i „Absolwent”. Byli do siebie podobni, ale jednak inni. Oboje mieli inny chód i inny wpływ na ludzi. Pocieszyli Wielkiego Wóddę, mówiąc, że są zesłani Ojcu na pocieszenie i od teraz na zawsze będą zwani jego synami. Wielki Wódda przyjął ich z radością i nazwał swoimi Dziećmi – mówił Korniłow, unosząc ręce ku górze jak na jakimś kazaniu.
- A co z resztą boskich Dzieci? – zapytał jakże zaciekawiony Żyła.
- Jak już powiedziałem, Wielki Wódda nie mógł mieć więcej Dzieci. Było mu z tego powodu coraz bardziej smutno. Tym bardziej, że Dzieci odsuwały się od niego z każdą chwilą coraz bardziej. Czuł się samotny. Wtedy na drodze Wielkiego Wóddy pojawiła się ona – piękna i niezwykła Pani Bimber. Wielki Wódda natychmiast się zakochał i posiadł Panią Bimber za żonę. Z tej miłości zrodziły się kolejne Dzieci.
- A jak zareagowały na to starsze Dzieci Wóddy? – zapytał Domen.
O nie! Co on tu robił?! Wciągnie się chłopina w wielkie wóddowanie i będzie potem w domu: „Peter! Coś ty, kurwa, zrobił swojemu bratu?! Pieprzy o jakimś Wóddzie!” Jeszcze, nie daj Boże, zrobi jakiś krwawy obrzęd i co wtedy?!
- Starsze Dzieci nie były zadowolone tym, że ich Ojciec ma kolejne Dzieci, które ze względu na Panią Bimber kocha dużo bardziej. Pierworodny Wóddy postanowił zatem namówić swoje rodzeństwo do zemsty na Ojcu – powiedział Denis, z tajemniczym ni to uśmiechem ni to strachem na twarzy. – Pewnej nocy wszystkie córki odciągnęły Ojca gdzieś w ciemny las, do miejsca, gdzie ich bracie czekali z zasadzką. Kiedy doprowadziły Wielkiego Wóddę na miejsce w odpowiednim czasie, z koron drzew wyłonili się synowie Wóddy w czarnych strojach, z maskami na twarzy i rzucili się na Ojca z nożami. Pierwszy w gardło Ojca trafił nie kto inny, jak... – zrobił teatralną przerwę – „Pan Tadeusz”! – Na sali rozległy się dziwne jęki, westchnięcia, szlochy i nie wiadomo co jeszcze. – Wielki Wódda opadł wtedy na kolana i zaczął dusić się swą krwią, wskazując palcem na pierworodnego. Wszyscy stanęli jak wryci. Ty, powiedział do syna, zabiłeś swego Ojca. Zabiłeś mnie z zazdrości. Namówiłeś innych do zrobienia tego z tobą, albowiem sam się bałeś. Wiedziałem, że to kiedyś zrobisz. A teraz w ostatnich mych tchnieniach rzucam na ciebie klątwę! Na ciebie i wszystkie moje Dzieci! Każdy, kto będzie was czcił, na drugi dzień pożałuje tego, albowiem wstąpi w nich mój duch – Wielki Kac! Będziecie wszyscy przekleństwem ludzkości! To przez was na świat zesłane zostanie Zło!
- A co z Panią Bimber? Przecież kiedy ją czcimy już mamy zawroty głowy i Zło wokół! – odezwał się Hilde.
Proszę państwa, pora chyba na założenie A.A!
- Wielki Wódda w ostatnich tchnieniach swego żywota skierował władzę nad klątwą na swą małżonkę, obarczając ją ciężkim brzemieniem decydowania o dalszych losach Dzieci. Nie wytrzymując presji postanowiła się powiesić tego samego wieczora, ale Dzieci Wóddy ostatecznie ją uratowały i żyła, ale w bardzo złym stanie. Dlatego gdy pijemy bimber, nasz świat zajmuje Wielki Kac! – mówił dalej Korniłow pełen pasji.
- A czemu dzisiaj jest ta niezwykła data? – zapytał zaciekawiony Tande.
Korniłow usiadł na skraju stolika, na którym wcześniej stał.
- Albowiem tego dnia na początku stworzenia świata przez Wielkiego Wóddę ludzie byli jeszcze chronieni przed kacem. To w ten dzień został zabity przez własne Dzieci. Można to wyczytać z konstelacji gwiazd. Kiedy na konstelację Wielkiego Wóddy nałoży się Wielki Wóz i Mała Butelka, mamy ten dzień! Występuje raz na kilkanaście tysięcy lat! – mówił z dumą Denis.
Zastanawiam się, czemu nie wyszedłem wtedy z sali po pierwszych słowach Rosjanina, ale tego się nie da cofnąć. Chyba zaślepił mnie Wielki Wódda.
- Aby uczcić dzień bez kaca wyruszmy teraz do boskich Wysłanników zakupić Dzieci Wóddy i uczcijmy Wielkiego Wóddę!
I tak też zrobiliśmy. Całą skoczną gromadką, liczącą około 80 osób, ruszyliśmy do najbliższego monopolowego. Kiedy cała nasza karawana weszła już do środka Wielkiej Świątyni (Korniłow wciąż gadał o tym kulcie Wóddy!), na każdego z nas przypadało 10 centymetrów kwadratowych. No dobra... Plus, minus 1 milimetr.
Nie widziałem, kto zakupił Dzieci Wóddy. Jedno było pewne – to był albo Polak albo Rosjanin, bo na półce z alkoholem nie zostało już nic. To była iście słowiańska decyzja.
Po około 30 minutach byliśmy z powrotem w hotelu i urządziliśmy „małą” ucztę w pokoju, uwaga, uwaga!, Żyły i Kota! No więc upakowaliśmy się w niewielkim pomieszczeniu i rozłożyliśmy boskie napoje na... Każdym wolnym miejscu w pokoju.
I tak piliśmy, i piliśmy, i piliśmy, i piliśmy... Aż po niecałej godzinie wszystko wypiliśmy. A wszystkich Dzieci Wóddy było około 150. Ale co to tam dla nas, kiedy taki Żyła pije za jednym zamachem 3 „Finlandie”! Szczerze to go za to podziwiam. Ja zazwyczaj po 1 „Panie Tadeuszu” czułem się jak jakieś sflaczałe gówno, a co dopiero po takim wyzwaniu... Powiem krótko: gdy dorosnę, chcę być jak Piotrek. Nieustraszony Wóddo-kapłan! (Pragnę przypomnieć, że dzisiaj nie piłem. Byłem grzeczny.)
Gdy skończył się alkohol atmosfera siadła. Jak wcześniej wszyscy radośnie gadali, tańczyli na stole i w ogóle robili różne rzeczy, tak teraz jedynie dźwięki w pomieszczeniu wydawał z siebie chrapiący Domen. No właśnie mój braciszek. Zapomniałem zamknąć go w pokoju przed ucztą i doprowadziłem go do tego stanu. Jestem winny, ale kogo to obchodzi! Po raz pierwszy w życiu został wydymany przez los! Mój kochany braciszek... Spał w najlepsze, a obok niego siedział chwiejący się na wszystkie strony Anže. To jest dopiero złoty chłopak!
- I co teraz? – odezwał się nagle Gangnes.
- Pomódlmy się do Wielkiego Wóddy – rzekł Korniłow.
Tak też zrobiliśmy. Kiwaliśmy się na boki, próbując ustać o własnych siłach. Mało komu się to udało, więc po chwili mieliśmy na podłodze dywan z Norwegów, Słoweńców (prócz mnie, bo, ponownie przypomnę, byłem trzeźwiutki, i mojego śpiącego brata), Austriaków, Niemców, Japończyków, Koreańczyków, Kazachów, Szwajcarów i Francuzów. Polacy i Rosjanie stali na baczność tak, jakby wypili sok owocowy zamiast wódki. Podziwiam. To samo z Finami. W końcu nazwa ich kraju do czegoś zobowiązuje. Wśród wyjątków, stojących jeszcze na nogach byli: Takeuchi, Hayböck, Ammann, Forfang i Freund. Tego ostatniego telepatycznie próbowałem wyjebać na ziemię, ale się nie udało. Runął dopiero pod naciskiem ciała Stocha, który właśnie odgrywał rolę Ziemi krążącej wokół Słońca. A Słońcem był właśnie Freund. Z tymże Kamil ustał to wypadnięcie z orbity, robiąc potem telemark.
- 5 razy 20!!! – krzyknął zalany w trzy dupy Forfang. – Bardzo ładnie wylądowany skok, niemalże jak ten w Soczi podczas pierwszego konkursu na skoczni normalnej, tylko że lepszy. Ten telemark był perfekcyjny. Niemal tak perfekcyjny jak region w Norwegii, od którego pochodzi nazwa tego lądowania – mamrotał Johann.
Wzięło go na historię skoków!
Aby go uciszyć, rzuciłem w niego poduszką. Ta nawet do niego nie doleciała, a on już upadł między Laniška i Tande, przygniatając swym ciężarem ciało Radika. Biedny Zhaparov! Ale przynajmniej ten dureń się uciszył...
Niestety po „modlitwie” do Wielkiego Wóddy wszyscy, którzy nie wytrzymali napięcia, jakie wywoływała u nich grawitacja, zapadli w sen. I tak sobie pochrapywali w rytm walca wiedeńskiego. Hayböck, słysząc swoją nutę (tak to określił), wziął jedną pustą butelkę do rąk i zaczął bawić się w dyrygenta. Wymachiwał tą butelką na wszystkie możliwe strony. Bałem się, że w pewnym momencie rozdupcy sobie szkło na głowie, ale na całe szczęście po chwili upadł na łóżko, tuląc butelkę do piersi. Taki tam mały austriacki romansik. Dobrze, że Kraft tego nie widział, bo Hayböck musiałby go przepraszać na kolanach. A kiedy Stefek się zaweźmie... Mózg rozjebany!
Widząc śpiące Hajbekątko postanowiłem opuścić pokój, gdzie powietrze miało wysokie stężenie alkoholu. Gdyby zaprosić tam jakichś popieprzonych naukowców (albo ewentualnie posłuchać dywagacji Kubackiego), to stwierdziliby, że alkohol w powietrzu był równy 70%, azot 20%, tlen 9,5%, a reszta gazów 0,5%. Nie wiem w jaki sposób Dawid to stwierdził, ale w razie czego namalowałem na drzwiach pokoju wielki czerwony znak X.
Jako że byłem jedynym trzeźwym w tej grupie, za zadanie doprowadzić tą pijaną gromadkę do swoich pokoi. Nie wiem jak ani czemu, ale zgodziłem się.
- W dwuszeregu zbiórka! – rozkazałem.
Wszyscy jakoś się potoczyli, próbując stanąć w dwuszeregu, ale coś im nie wyszło i miałem przed sobą oddział Deltę do zadań specjalnych w sprawie opijania ludzi wydychanym powietrzem, a potem zawożenia ich w tajne rządowe miejsca zwane słynną Walizką Laniška – miejsca, gdzie skarpety ożywają i zaczynają pełzać.
- Albo nie... – odparłem, widząc chwiejących się na wszystkie strony nędzne kopie człowieka myślącego. – Wystarczy, że po prostu stoicie. To i tak sukces.
Zacząłem liczyć. Wyszło mi, że jest ich 18. A powinno być więcej...
- A nie! – krzyknął Hula. – Zostawiliśmy tam Severina! Musimy po niego wrócić, bo on tam umrze! – płakał.
Niech umiera, chuj jeden. Doigra się.
Zbyłem go wzruszeniem ramion.
- Ty istoto bez serca! Ty popieprzony preclu! Musimy po niego wrócić! – zaprotestował Ammann. – Bo jak nie, to cię tam wrzucimy! I zamkniemy!!!
O nie! Tylko nie to...
Posłusznie wróciłem pod drzwi, naciągnąłem koszulkę na nos i otwarłem drzwi. Na cmentarzu powietrze byłoby lepsze...
Przekroczyłem próg, starając się szczelnie zatykać nos, ale nagle coś, w postaci Żyły, wpadło na mnie. Koszulka zsunęła się w dół, narażając mnie na śmierć. Po chwili alkohol zaczął mnie usypiać. A te pijane durnie zamiast uciekać przed śmiercią, wpadli do środka mnie uratować. Ale opary dopadły także ich.
I wszyscy zasnęli.
Ostatnie co pamiętam, to Stoch ginący pod szafą, którą przewrócili na niego Murańka i ten od luzu w dupie.
Ocknąłem się dopiero o 12:49. Byłem w boksie dla Słoweńców, a razem ze mną cała reprezentacja. Oni obudzili się przede mną. Ku mojemu zaskoczeni wszyscy mieli mokre włosy. Patrzyłem na nich z zaciekawioną miną, aż nagle odezwał się Tepeš:
- Obowiązkowy prysznic, aby wytrzeźwieć na trening – wytłumaczył.
- Ale ja nie jestem... – zacząłem, ale Domen mi przerwał:
- Wszyscy tak mówią, a potem zaczynają całować podłogę.
Zamrugałem oczami, po czym wzruszyłem ramionami. Czemu nie? Co mi szkodzi prysznic? Przynajmniej zmyję z siebie woń alkoholu.
Wyszedłem z boksu i od razu napadła na mnie jakaś stara baba. Zarzuciła mi worek na głowę i bez słowa zaniosła do miejsca z prysznicami.
Relacjonować tego, co zdarzyło się pod prysznicem, nie będę. Powiem tylko, że chyba zostałem zgwałcony podczas gwałtu zbiorowego z Freundem, Gangnesem, Freitagiem, Forfangiem i Hayböckiem. W każdym razie tak mi powiedziano.
Po prysznicu zacząłem rozgrzewkę. No i w ten sposób się rozgrzałem (Amerykę odkryłem!) i ruszyłem na górę skoczni. I tak skoczyłem sobie raz, drugi, trzeci i to był mój koniec skoków na dziś. Wszystkie skoki – zaliczone!
(Szczerze: współczułem wszystkim tym, co uczcili dzisiaj Wóddę, albowiem niezbyt miło im się skakało. Jedynie ja odbyłem dzisiaj trening bez żadnych problemów.)
Wracając po ostatnim skoku do boksu, natrafiłem na kogoś, kto płakał. Był tyłem i w kasku, więc nie wiedziałem, kto to był. Podszedłem do smutasa i zacząłem gładzić go po ramieniu.
- Co jest? – zapytałem. 
Ten ktoś, kogo próbowałem pocieszać, odwrócił do mnie przodem i wtedy ukazała mi się twarz... STOCHA.
- Peter, ja nie wiem, co robić! Chlip... Kolejny raz sobie nie radzę! Chlip... Pomóż mi! – płakał w moją nogawkę Kamil.
Pewnie! Jak trwoga, to do Petera! A idź z tym szwabem gadaj, a nie...
- Zabij się i po problemie – wzruszyłem ramionami, po czym odszedłem.
- Co ja ci zrobiłem, że mnie już nie lubisz?! – dobiegł do mnie głos Stocha.
Nie odpowiedziałem. Nie mogłem. Bo ja nadal go lubiłem, ale czułem się przez niego zraniony. Nawet bardzo. Dlaczego? Ponieważ wymienił mnie na szwaba, który ukradł mi kulę. Ponieważ zaczął wciągać Freunda w nasze wspólne przyjacielskie gry i zasady. Ponieważ czułem się winny za to, że zaprzepaściłem naszą długoletnią przyjaźń, wybierając Fannemela, aby się zemścić.
Chlip, chlip, chlip...

°~°~°~°~°~°
Nic nie brałam, więc nie dam namiarów na dilera!!!
A tak poza tym: wracam! Raszja jest bardzo ciekawym tematem i - ku, mam nadzieję, waszej radości - to nie koniec opowieści z Krainy Putina!
Mam nadzieję, że się spodobało. Szczególnie ta w miarę inteligetna końcówka o smuteczkach Petera.
Nie pytajcie się skąd wymyśliłam Wielkiego Wóddę, ani czemu upiłam Demona (to Demon!; po raz pierwszy z życiu spodobał mi się komentarz (nie)Szczęsnego!).
Podrawiam!

P.S. Jestem głupia. Dziękuję za to, że podświadomie się zgadzacie (sarkazm).

niedziela, 14 lutego 2016

5. Wydymany przez rzekę

5 XII 2015, sobota

Ja tutaj płaczę, zalewam się łzami prawdziwymi! Umieram! Kroplówkę, siostro! Potrzebuję kroplówki!!! Jeśli nie to taki zajebisty i seksowny facet jak ja nigdy w życiu i przeleci wszystkich tak jak w ostatnie walę tynki! Ja zdycham! Straciłem wszystko! Życie, radość, świat, nadzieję, rozum, miejsce w najlepszej dziesiątce, ale przede wszystkim utraciłem... MOJE DRUGIE MIEJSCE! Ono jest moje! Łapy precz, ty pieprzona rzeko! Jak rzeka mogła mnie przeskoczyć, no kurwa... Od kiedy Ganges skacze lepiej od takiego słodziaka, tap madyla, mistrza wśród mistrzów, posiadacza najlepszych na świecie drugich miejsc i w ogóle... Przecież ten cały Ganges płynie w Indiach i żeby zabić duszę Petera postanowił sobie przepłynąć przez Afganistan, Rosję, Finlandię (i inne, których nie wymieniłem, gdyż nie chcę przyćmiewać nikogo swą inteligencją) i wskoczyć sobie na moje miejsce w tym pieprzonym skocznym świecie! 
To wina Freunda. To on wysłał swoich ludzi i to oni zmienili bieg rzeki. Ja to wiem. Ja to czuję. Nie wiem, jak to zrobili, ale to już nie jest istotna rzecz.
Byłem tak smutny, pusty i zdruzgotany, że kiedy tylko wróciliśmy do hotelu, zamknąłem się w pokoju, płacząc w poduszkę, na której wcześniej wyszyłem piękny numerek 2. Był taki idealny. Prawie tak samo jak i ja!
Nie, Peter! Nie zapędzajmy się, kochaniuteńki. Ta 2 mnie zdradziła. Z rzeką. Może i jest dłuższa, podłużna i w ogóle... Ale to jest cholerna zdrada.
W każdym bądź razie, kiedy tak płakałem w poduszkę, ktoś zapukał do moich drzwi. Przestałem płakać żeby nie było, że taki ja – Peter mistrzunio i, kuźwa, mistrz we wszystkim – miałby płakać o zdradę. Przecież też mogę zdradzić tą dwójkę!
- Peter... – zaczął niepewnie ktoś za drzwiami.
- O chuj drzesz mordę, nieznany mi osobniku! – krzyknąłem na całe gardło. I kto tu drze ryja?!
- Peter, to ja – odpowiedział ten ktoś.
- Tak, wiem. A to, kuźwa, ja – mruknąłem, wstając z łóżka.
Kiedy przekręciłem zamek w drzwiach, coś zawiesiło się na mojej szyi. Jakieś małe coś. Ale wtedy mnie oświeciło, że to był... Zagadka: kto ma najdłuższego? No kto? Mówimy o locie, oczywiście. Ach, zboczuszki, nieładnie.
Wracając do pytania: no kto, kto, kto?
FANNEMEL!
Przytulił mnie z całej siły, mrucząc coś w moją koszulę.
- Co? – zapytałem, odpychając go lekko.
- Mój ty biedaku, który wypadł z dziesiątki, bo mu wiatr przeszkodził, bo król Walter się na mnie obraził, a że jesteśmy teraz kumplami, to i na tobie postanowił się zemścić i kazał Miranowi specjalnie puszczać nas w złych warunkach, bo ukradłem razem z Hilde krótkofalówkę Hofera, więc to przecież wołało o pomstę do nieba, a nam zrobiło się głupio o jakieś 2 sekundy za późno, bo Walter odkrył tę stratę właśnie 2 sekundy przed nami i zakazał pozwalać sędziom dawać ci takich not, abyś był na swoim kochanym drugim miejscu, bo teraz się na pewno załamałeś, a będziesz jeszcze bardziej załamany, kiedy dowiesz się, że mnie i Tomowi Hofer und freundlich pipole zaczęli robić sesje zdjęciowe, do których kazali nam przebrać się w różne rzeczy, a na mnie wypadło, że będę krasnoludkiem i mnie to zraniło, a Tomowi zepsuli idealny imidż, psując mu fryzurę i teraz oboje jesteśmy smutni, a i tobie udzielił się smutek! – Aha, kurwa. Wszystko zrozumiałem. Gdyby to jeszcze powiedział normalnie, powoli, po ludzku, a nie jak jakiś nakręcony samochodzik!!!
- Jeszcze nigdy nie słyszałem tak długiego zdania – odparłem tylko, tuląc Fannisia do swej niemalże matczynej piersi.
- Tak bardzo mi przykro, że pozwoliłem, aby na tobie tez się zemścili, że my jesteśmy aż tak powiązani i w ogóle – żalił się jeszcze szybciej. Potem też gadał, ale nakurwiał po norwesku, a ja w tym języki ani mru-mru.
Dlatego kiwałem głową, od czasu do czasu coś tam mówiąc.
Gdy się tak przyjacielsko żaliliśmy w progu mojego pokoju, przez korytarz przeszedł ŁON. Pan Kamil S. Mój były BFF. Patrzył się na mnie jak na jakiegoś cholernego kosmitę. Ale potem wyczułem pod tą miną smutek. Był smutny, bo jego już ignoruję, bo mam nowego kumpla. Widząc ten smutek, przycisnąłem mocniej Andersa, po czym powiedziałem mu jakiegoś suchara o dupkach z niemieckich skoczni czy coś w tym stylu. Oboje wybuchnęliśmy śmiechem, a Kamil pociągnął nosem i ze szklącymi oczętami usunął się z mojego pola widzenia.
Ja mam Andersa, ty masz dupka Freunda. Proste, nie? Tak sobie, w każdym razie powtarzałem. Ale czy ja już naprawdę postanowiłem przestać się przyjaźnić z Kamilem? Nie... byłem pewien. ILE RAZY MAM POWTARZAĆ, ŻE NIE MA SIĘ NAD CZYM ZASTANAWIAĆ, BO WTEDY ZMIĘKNĘ?! 
O Boże, Peter...
Po jakichś 10 minutach Fannemel nareszcie się ode mnie odczepił i zaproponował, abyśmy poszli do niego. Więc się zgodziłem, licząc, że ten przeklęty Stoch znowu zobaczy mnie z moim kumplem.
Zamknąłem drzwi na klucz i już byłem gotowy do drogi. Szliśmy może 2 minuty. Aż jakaś okropność natrafiła się na naszej drodze! O rzesz w mordę! Schody były po drodze! Normalnie Mount Everest się nam pojawił! To była najdłuższa wyprawa mojego życia! Zanim stanęliśmy na chociaż jednym stopniu, Fannemel skoczył do pokoju najbliżej schodów, i jak się okazało zza drzwi wychylił się Hilde i Sjøen, krzycząc radośnie przygoda!, i trzymając w ręce długą linę.
Naszą grupę otwierał Fannemel, ja i Hilde szliśmy w środku, a Sjøen, jęcząc okropnie, był zamykającym. Mówił coś tam, że boi się spadnięcia, że kawałek liny na końcu się urwie i seksowny Phillip zginie śmiercią tragiczną i przykryje go lawina.
A teraz pomódlmy się w intencji odzyskania mózgu przez Sjøena, bo to dobry chłopak i coś może z niego wyrosnąć.
Po kilku minutach w pocie czoła upadliśmy na podłogę i próbowaliśmy przywrócić sobie normalne tętno, ale zbyt późno dotarło do nas, że Phillip zginął. Podniosłem się niespokojnie i wyjrzałem a balustradę. Sjøen leżał na samym dole schodów, jęcząc, że zaraz umrze.
- Em... Tom? – zacząłem, patrząc na Hilde, który próbował się ochłodzić, przytulając się do okna.
- Tak? O tak, tak, tak, tak, tak... Ale mi dobrze i zimno... 
- Straciliśmy kogoś – powiedziałem, tłumiąc śmiech.
- Kogo? – Fannemel.
- No wiesz... – Ja.
- No nie wiem, kochany. Ojojojoo... Jak mi dobrze! – Hilde.
- Straciliśmy Phillipa.  Tak mi przykro.
Tom natychmiast oderwał się od szyby i ruszył na dół po schodach, ci ciekawe w szybkim tempie. Uklęknął obok ciała swego kolegi i sprawdził mu tętno.
- Żyje? – wyrwało mi się. Jaki ja durny byłem! Po co o to pytać? Przecież w zeszłą zimę Norwegowie skakali z dachu hotelu do śniegu i nic im się nie działo. A co ciekawe: lądowali z telemarkiem!
- Żyje? ŻYJE! – ryknął Tom. 
- Wróciłeś, kochanie – szepnął wzruszony Sjøen.
- Jak mógłbym cię zostawić?
Kiedyś ja i Kamil byliśmy tacy sami.
A teraz wybrał Freunda.
Na samo wspomnienie tego, jak z Kamilkiem potrafiliśmy się dogadywać, łezka zakręciła się w moim oku.
- Lepiej stąd chodźmy, bo teraz będą sobie wyznawać miłość – szepnął do mojego ucha Anders.
Obróciłem się na pięcie. Byłem wyższy o głowę od Fannemela, ale Kamil też był ode mnie niższy. I znowu przyłapałem się na myśleniu o Kamilu! Muszę się wyleczyć z tych wspomnień.
- Mhm – odpowiedziałem, niechcący odwracając głowę. I to, co zobaczyłem, zatkało mnie do reszty. Otóż Sjøen przyciskał jakąś osobę do ściany. Była strasznie Hilde-podobna, ale na szczęście Tom przypatrywał się temu z boku. A mi aż tętno podskoczyło. Gejoza się szerzy, ot co.
- Czy to jest Tom...? – zapytał Fannemel, patrząc szeroko otwartymi oczami na tę scenę. Wtedy dziewczyna oderwała się od Phillipa i Anders odetchnął.
Nudząc się niemiłosiernie, powiedziałem Fannisiowi, żebyśmy już poszli do jego pokoju. Skinął posłusznie głową i po kilkunastu sekundach byliśmy już w jego pokoju. W jego pokoju, który dzielił z... Forfangiem i Tande. O nie...
- Cześć Peter – powitał mnie Tande. – Jak życie, Peter? Jak się czujesz, Peter? – za każdym słowem podchodził coraz bliżej mnie. – Co cię do nas sprowadza, Peter? Jak podoba ci się Norwegia, Peter? Odpowiedz, Peter.
Przełknąłem ślinę, patrząc to na Daniela, który nachylał się przede mną z głową uniesioną wysoko do góry, to na Forfanga, który tylko wzruszył ramionami. Nie pozostało mi nic innego, tylko odpowiedzieć.
- Tak.
- Co: tak?
- Mhm.
- Co: mhm?
Johann westchnął i wstał z fotela.
- Jak widzisz, Peter żyje. A teraz idź dalej kolorować swoją kolorowankę – powiedział Forfang, patrząc na mnie przyjaźnie.
- Okeeeeeeeeeej... – westchnął Tande i wskoczył na fotel, kolorować.
- Co cię do nas sprowadza?
- Właściwie to Fannemel – wskazałem kciukiem do tyłu na Andersa.
Forfang spojrzał na mnie jak na idiotę.
- Ale tam nikogo nie ma. – Serce mi stanęło. Może mam delirkę po wczorajszym przedstawieniu? Możliwe. – Ale w sumie to i dobrze. Może obejrzymy razem jakiś film? – zapytał, prowadząc mnie na kanapę.
- Dobra – odparłem, rzucając się na miękką sofę.
- Muminki! – krzyknął Tande, pędząc w naszą stronę.
- Nie, Daniel. Już dość Muminków na dzisiaj – powiedział Johann.
- Ale ja...
Westchnąłem.
I wystarczyło, by Tande zmężniał.
- W takim razie „Szczęki”. – Taka zmiana! Nie pomyślałbym nigdy, że takie coś może mieć miejsce.
I w ten sposób obejrzeliśmy cały film, tuląc się do siebie w strasznych momentach. W połowie filmu wrócił Fannemel, tłumacząc się, że Walter wezwał go do skocznego sądu, ale do Hilde i jego dar do przekonywania wygrali rozprawę, a co za tym idzie, również Fannemel został zwycięzcą procesu.
Po filmie wróciłem do pokoju i poszedłem spać. Zastanawiałem się za to przez cały czas, gdzie mój brat. W końcu uznałem, że mam to w dupie i zasnąłem.

6 XII 2015, sobota

O kurwa! Ale jaja! Jakie ja błędy wczoraj popełniłem!
Po pierwsze: byłem dziś drugi i czułem się z tym do dupy. Nie było co narzekać na tą jedenastkę! Całkiem fajna była. A po drugim konkursie w Lillehammer czułem się, jakbym się nawalił. Tak porządnie. Umierać nie żyć.
Po drugie: Ganges dzisiaj wygrał. To znaczy, Gangnes. Jak się okazało, to jednak nie była rzeka, tylko taki Norweg. I znowu byłem gorszy od tej rzeki, znaczy Norwega. (Chyba nigdy tego nie ogarnę...)
Po trzecie: byłem skończonym idiotą, mając gdzieś zniknięcie mojego brata. Dzisiaj przed zawodami znaleziono go na hotelowym śmietniku. Krzyczał coś, że taki gruby pan z brodą porwał Laniška, który był razem z nim. Nikt nie wziął go na początku na poważnie, ale po krótkim czasie jego gwałtowań, wszyscy zaczęli dokładnie wysłuchiwać tej przykrej historii.
- Razem z Anže szliśmy sobie po prostu do sklepu i kupiliśmy sobie śmiej-żelki. Gdy wracaliśmy do hotelu jedliśmy je, aż w końcu się skończyły – mówił cały mokry od łez Domen. – I wtedy zrobiliśmy się smutni, kłócąc się o to, że mogliśmy kupić więcej. Oczywiście ja wygrałem kłótnię, ale Anže się na mnie obraził i poszedł w kierunku tego śmietnika. Po chwili dobiegł do mnie jego krzyk i natychmiast rzuciłem się w tamtą stronę. Och, Anže! Dlaczego mnie wtedy opuściłeś?! – lamentował.
- Do rzeczy – pospieszył go Jurij. Co za dupek! Nie się porządnie wypłakać dziecku!
- Kiedy podbiegłem do tego śmietnika, Anže już zniknął. Zobaczyłem tylko jakiegoś starego pana w czerwonym ubraniu. Miał taką śmieszną czapkę, długą siwą brodę i był gruby. A na dodatek... Miał worek, do którego pewnie wsadził mojego przyjaciela! – szlochał dalej. W jego oczach był strach. Szaleńczy. – Gdybym tylko się pospieszył na pewno Anže byłby ze mną!
Przewróciłem wymownie oczami, po czym spojrzałem na Kranjca, który zamiast wysłuchiwać użalań mojego brata, bezczelnie gapił się w telefon. Wtedy podniósł wzrok, włożył telefon do kieszeni i podszedł do Domena.
- O Jezu, o Jezu, o Jezu! Jak mi przykro! O Jezu, o Jezu, o Jezu! – Marny z niego aktor, ot co. Tym bardziej, że mówiąc do Domena, patrzył się na mnie. Przynajmniej tyle, że głaskał mojego kochanego braciszka po ramieniu, głowie, plecach, twarzy i wszędzie, gdzie tylko mógł, nie będąc uznanym za pedofila.
- Uratujcie go. Znajdźcie go, zanim ten dziad go zgwałci! – krzyknął Domen.
I w ten oto sposób zrobiliśmy casting na najlepszego aktora, który prowadziłby śledztwo o Mikołaju, który gwałci Laniška. Może i bym uwierzył w ten scenariusz z gwałtem, pod warunkiem, że role by się odwróciły.
W komisji castingowej byłem ja, Tepeš i Dezman. Reszta kadry, w składzie: Semenič  Kranjec, pocieszali Domena.
Pierwszy na salę wkroczył Takeuchi.
- Witamy na castingu na najlepszego aktora, który zagra śledczego. Proszę podać swoje dane, doświadczenie w takich sprawach i predyspozycje – zaczął czytać Jurij.
- Jaki casting? – oburzył się Taku. – Ja tu przysze-sze-dłem, bo myślałem, że to jakaś nowa sztuka walki. Na plakacie pisało casatingo! 
Kurwa, Dezman...
- Ups... Mój błąd. Przepraszam.
Takeuchi prychnął. 
- Słoweńcy...
Po chwili Japończyk wyszedł, a na salę wszedł ktoś nowy. Skryłem twarz za kartką z podstawową regułką, którą przedtem wygłosił Tepeš  zacząłem czytać:
- Witamy na castingu na najlepszego aktora, który zagra śledczego. Proszę podać swoje dane, doświadczenie w takich sprawach i predyspozycje.
- Andreas Wellinger, lat 20, najlepszy aktor w dojcz timie...
I wtedy upuściłem kartkę, a Wellinger ujrzał moją twarz. Spojrzał na mnie wystraszonymi oczami, po czym uciekł z Sali  krzykiem. Ładnie się zaczęło...
- Kurwa, coś ty mu zrobił?! – wrzasnął Jurij, gapiąc się na mnie jak na kosmitę.
Zbyłem go wzruszeniem ramion.
Po paru sekundach do sali wszedł Hayböck.
- Jest ktoś jeszcze? – zapytał Jurij.
- Nie...
- To świetnie się składa, bo masz tę rolę! – Tepeš, ty leniu!
Hayböck podskoczył radośnie, po czym podszedł do każdego z nas osobno i uściskał radośnie. Cały czas nam dziękował, że to dla niego ogromna szansa na wybicie się w przyszłości jako aktor i inne takie bla bla bla...

Godzinę później Michi zwołał komisję ds. ciężkich, przesłuchał każdego z naszego teamu, po czym ruszył w miejsce, gdzie znaleźliśmy rano Domena.
- A co, jeśli coś mu zrobił? – płakał mój brat.
- Głupota! Jak ktokolwiek mógłby tknąć coś takiego jak Lanišek? – odparł Hayböck, ale natychmiast pożałował tych słów. 
- Jak... Jak... Jak możesz, ty austriacka świnio?!
Oho! Mój braciszek chyba trochę podszlifował słownictwo...
- Ja nie chciałem! To przypadkiem! Zbyt dużo osłuchałem się Schlierenzauera! – wydusił Michael na swoją obronę.
- Że-e co-ooo?
I w ten sposób zaczęła się długa kłótnia, aż nagle jakiś dziad w czerwonym stroju wyskoczył przed nami.
- O nie! To on zjadł Laniška! Albo jeszcze gorzej! Może przyszedł tu, aby powiedzieć nam, że chce go zgwałcić! – wrzasnął Domen. – Uciekajmy!!!
- Nie! Domen! Nie uciekaj, to ja!
- Anže?
Stary dziad skinął głową.
- Chciałem wam zrobić niespodziankę przebierając się za Mikołaja. Chciałem, aby mikołajki przebiegły nam miło. W worku mam prezenty dla was wszystkich. Schowałem worek do śmietnika, dlatego musiałem wymyślić powód do wczorajszej kłótni – tłumaczył. – Przepraszam, Domen.
I w ten oto sposób pogodzili się, a ja i Hayböck poszliśmy na piwo.

°~°~°~°~°~°

Powracam do Was z kolejną dawką odmóżdżacza. Tym razem trochę... Dobra, nie ważne. Nie można powiedzieć że trochę mniej głupie, bo to kłamstwo.
Jedno jest pewne: jestem okrutna, że robię to Kamilowi.
Norwegowie powracają.
Jest Michi.
Mało Laniška ( o nie! To niemożliwe! Czemu to zrobiłam?!).
Temat drugiego miejsca ( R.I.P [*] ) to temat rzeka, rzeka Ganges, ale niestety, jak sami wiecie, niegługo skończy się rozpacz Petera w tym opowiadaniu...
Pozdrawiam ;***
P.S. Z okazji walę-tynek (specjalnie tak napisałam!), życzę Wam, aby Peter przeleciał dziś wszystkich, w tym także i Was.
Nawet jeżeli czytacie to po walę-tynkach, to nic. I tak Wam tego życzę ;)

środa, 3 lutego 2016

4. Jezioro szwabędzie

4 XII 2015, piątek

Dzień z życia w Norwegii, dzień pierwszy: wokoło piękna zima, drzewa lśnią od śniegu, który co jakiś czas spada z nieba, Skandynawskie klimaty – zima jak się patrzy. Wiatr też nienajgorszy, czyli warunki do skoków generalnie dobre. Przyjeżdżamy pod skocznię pełni optymizmu na wykurwisty trening i kwalifikacje, a tam co nas spotyka? A, kuźwa, skocznia. (To żem zabłysnął, nie powiem...) A, kuźwa, skocznia, która nie była dobrze przygotowana. Przypomnę: zima, Skandynawia, Puchar Świata rozgrywany zimą, a ich zaskoczył śnieg. Tak, dokładnie. Byli zaskoczeni, że w zimie spadł śnieg, w sensie więcej śniegu niż było wczoraj. A że sobie obsługa techniczna skoczni, czy jakieś inne cuś, przyjechali 10 minut przed porannym treningiem i to jeszcze w ilości 3.
Norwegia...
Co tu się dziwić, że ci Norwegowie tacy popieprzeni, skoro taki mają kraj. I zwykłe „Sorry, taki mamy klimat” tutaj nie pomoże na usprawiedliwianie się.
Jakby w Afryce na samym środku Sahary, czy to tam jest, spadł śnieg, to mogliby się dziwić, ale śnieg w Norwegii, niedaleko koła podbiegunowego bynajmniej nie powinien być w żadnym razie zaskoczeniem. To tak jakby we Włoszech zaskoczyło ich słońce albo w Polsce istnienie wódki! Niedorzeczne...
(Dobra, Peter, nie mądruj już, bo przynudzasz...)
Do rzeczy.
Wieczorem odwołano kwalifikacje i mieliśmy cały wieczór dla siebie. I co jest najlepszym sposobem na spędzenie wieczoru w kraju, gdzie słońce zimą świeci się tylko kilka godzin w ciągu dnia? Uprzedzę was: libacja alkoholowa nie jest prawidłową odpowiedzią. Kombinujta, kombinujta...
Tak! Oczywiście, że wyjście do teatru. Hotelowego teatru. Aż sam się dziwię, że wszyscy, dosłownie wszyscy, nawet Ojciec, Syn i Duch Święty, czyli Miran Tepeš, Jurij Tepeš i Walter Hofer! Ja poszedłem razem z moim bratkiem, Domenem i Laniškiem, który jak podsłuchał, gdzie idziemy, od razu się przyłączył, mówiąc coś o jakimś jeziorze łabędzi i, że dupa go swędzi.
Szliśmy w zwartym szyku, nie zwalniając ani na chwilę. Byłem ciekawy jaki spektakl tak wszystkich przyciąga, i kiedy weszliśmy do odpowiedniej sali i usiadłem na jednym z krzeseł blisko sceny, podniósłszy głowę ujrzałem JEGO! Stał za w jednym wejść na scenę, gadając z Freitagiem. Gdzieś z tyłu przemykały mi sylwetki Wanka, Leyhe, Krausa i Schustera.
Wykrzywiłem twarz, próbując namówić Anže i Domena, którzy osaczyli mnie z obu stron, aby stąd wyjść, zanim się zacznie, ale oni się uparli i nikt by ich nie ruszył. A że z ekscytacji ściskali moje ramiona, nie mogłem im się wyrwać. Głupie chu... dzieciaki. 
Tak, Peter. Nie klniemy już. Przeklinanie jest złe. Mówienie innych słów jest zajebiste. Osz kurwa jego Walterowa krótkofalówka i Mirana też mać! I całe moje kurewskie wysiłki poległy na tym jednym słowie. Nieeee...! Jak ja się z tego wyspowiadam?! (Tak, od czasu odwołania konkursów w Kuusamo, gdzie nie miałem szans być drugi stałem się wierzący i praktykujący. Dlatego nie chcę kląć, bo to głupio na spowiedzi będzie brzmieć.) A, chuj z tym. Już za późno...
W każdym bądź razie po kilku minutach na scenę wkroczył, o zgrozo, Wellinger, trzymając w tych swoich ogromnych łapskach zwitek jakichś kartek. Ubrany był w fioletową bluzę, fioletową czapkę, fioletowe buty, fioletowe spodnie i białe skarpetki. Wszędzie widniało wyszyte logo Milki. Sponsorzy, wszędzie sponsorzy... Czy bez nich Niemcy nie potrafią normalnie funkcjonować? Szedł ze spuszczoną głową, ale kiedy podniósł wzrok i ujrzał mnie, od razu stanął jak wryty, chyba zastanawiając się, czy iść dalej – centralnie naprzeciwko mnie. Po chwili wahania jednak ruszył przed siebie, ale stanął pod samą kurtyną.
1:0 dla Petera.
- Witam wszystkich przybyłych na niesamowity spektakl pod tytułem „Jezioro łabędzie”! – oznajmił Wellinger.
Chyba raczej „Jezioro szwabędzie”...
Będzie to piękna i wzruszająca opowieść o chłopaku, który zawsze zazdrościł ptakom tego, że potrafią latać. Chciał być tak jak one. Robił wszystko, aby móc kiedyś latać, ale los zawsze mu wszystko utrudniał. Nie będę więcej zdradzał. Dlatego zapraszam do oglądania – powiedział z pamięci dumnie, cały czas świdrując mnie wzrokiem. Przerażającym. Pokazującym wyższość.
1:1, kurwa.
- W roli głównej Severin Freund – dodał, śmiejąc się durnie. Ja wiedziałem, że ten śmiech został skierowany w moim kierunku.
Po chwili zszedł ze sceny, na którą wkroczył Freund w różowo-białym jednoczęściowym stroju z naszywką Manner. 
Sponsorów ciąg dalszy...
Po chwili do Severina dołączył Wank, który od stóp do głów ubrany był na biało. Przez chwilę zastanawiałem się nawet, czy to nie prześcieradło, ale gdy odsłonił swoje skrzydła usiane piórami, wykluczyłem tą opcję. Wank nie zmarnowałby prześcieradła na jakieś durne piórka. Phi! Nie on – perfekcyjna pani domu. W każdym razie nią był. Teraz jest tylko głupim szwabem. Zbyt dużo powiązań z Freundem.
- Cóż za piękne stworzenie! – powiedział Freund, spoglądając na Wanka, który wachlował uparcie skrzydłami, krążąc po scenie. Piękne, akurat. Nos jak klamka od zakrystii, szyja jak u żyrafy. Czym tu się zachwycać? Nawet jeśli to tylko gra. – Chciałbym mieć tyle wdzięku i piękna co ty, łabędziu. – To żeś dopierdolił, Freund. – Ile bym da-ał – kontynuował, melodyjnie wymawiając słowo „dał” – aby móc kiedyś polecieć i razem z tobą zatańczyć wśród gwiazd, tuż pod nieboskłonem!
Ciekawe kto im ten scenariusz układał, bo to, co gadał Freund było... normalne i profesjonalne i... (THE END IS NEAR!!!) mądre.
- Ach, mój chłopcze, nie trać wiary. Kiedyś do nas dołączysz, wierzę w ciebie – odparł cichym, lekkim głosem Wank. Gadające ptaki. Aha. Już ogarniam. Chyba, że... Chyba, że to wcale nie ptak, tylko zjarany kumpel Freunda w tym przedstawieniu, który udaje ptaka, a równie zjarany Freund z nim gada zupełnie jak zdrowy normalny człowiek może gadać z ptakiem. Logiczne. – Niech twa nadzieja nie gaśnie. Nie pozwól na to, mój drogi.
- Ty... ty... ty mówisz? – jąkał się Severin, podchodząc do Wanka, który usiadł na ziemi. Wielkolud skinął głową, na co Freund o mało się nie wywrócił. – Ale jak?
No i zaczęła się gadka-szmatka o tym, że Wank jest jego mentorem, bla bla bla, że Freund, a raczej „Piter”, pisane Peter (czy to była jakaś aluzja?) został stworzony, by latać, bla bla bla, że Piter osiągnie wszystko, co tylko zechce, jeśli w siebie uwierzy, bla bla bla... 
Po jakimś czasie na scenę wkroczył Freitag ubrany w blond perukę i krótką, obcisłą czerwoną sukienkę z naszytym, suprise!, logiem sponsora! Wszedł dumnie, pogadał z Freundem, pokłócił się z nim... Grał chyba jego matkę. Leyhe, grający brata Pitera, przysłuchiwał się temu w kącie, a potem zaczął spiskować z Freundem.
Podczas spiskowania Pitera i Adolfa, zasnąłem.
(Hmm... Ciekawe czym się inspirowali wybierając imiona.)
Obudził mnie dopiero ryczący Lanišek. Była to ostatnia scena, w której Piter znalazł to, czego szukał, wypełniając wszystkie misje, i dzięki czemu mógł stać się ptakiem. Dokładniej: scena pożegnania Pitera z bratem i matką.
- Ale... Czy ty jesteś pewien swojej decyzji? – zapytała Frau Mittwoch, to jest Freitag, ze łzami w oczach. – Synu, czy ty naprawdę musisz nas opuszczać?
- Mamo... – powiedział Piter, ledwo hamując łzy.
- Nic nie mów. Kochanie, wiem, że ci na tym zależy, ale ty wcale nie musisz tego robić – starała się odrzucić ten pomysł synowi Frau Mittwoch.
- Ale to moje przeznaczenie. Nie mogę tego zaprzepaścić. Chcę się stać ptakiem, latać wolny, czuć wiatr we włosach...
- Możesz zostać skoczkiem narciarskim! – wykrzyknął nagle ktoś z publiczności. Wszyscy obrócili głowę w stronę tego kogoś. Był to rozbawiony do łez Velta, który szczerze nienawidził Freunda po Falun. Skradł mu aż dwa 2 złota! Niewybaczalne! Co z tego, że raz był trzeci, gdy Freund wygrał. Ten szwab mu wyperswadował, aby Rune słabo skakał, no a jak!
- Bracie, czekamy na ciebie – odparł Wank stojący przy sztucznym oknie razem z Wellingerem. – Czas się kończy.
Freund spojrzał na swoją rodzinę (tfu! Jaki Freund, Piter...) i rozpłakał się.
- Przepraszam, matko. Przepraszam, bracie. – Głos mu się łamał. Autentycznie. Wziął fiolkę jakiegoś fioletowego płynu i wypił go do dna, stając w ramie okna. – Kocham was – powiedział, odwracając się ostatni raz to tyłu. Potem zamknął oczy, rozwinął skrzydła i skoczył w dół, odlatując z Wankiem i Wellingerem.
- Nie! – krzyczała Frau Mittwoch. – Nie!!! – cały czas krzyczała, kiedy upadła na kolana na ziemię.
- On musiał – powiedział Adolf, odwracając się plecami do matki. – Zrozum to, matko. To było jego przeznaczenie. Zrozum to – powtórzył oschle.
Frau Mittwoch wstała, ocierając łzy, i przytulając syna, szepnęła:
- Może i masz rację, synku, ale ja zawsze będę za nim tęsknić, wypatrując go na niebie. Obiecaj, że ty mnie nigdy nie zostawisz.
Adolf milczał.
- Synku... – powtórzyła Frau Mittwoch. – Synku! – Potrząsnęła Adolfem.
Ciało Adolfa osunęło się powoli na ziemię.
- Synku! Co się stało?! Co ci jest?! O Boże, pogotowie! – krzyczała Frau Mittwoch, klęcząc przy ciele syna.
- Zrobiłem to... dla niego... dla ciebie... – wychrypiał Adolf. 
- Co?! Dlaczego?! Co jest?!
- Ktoś musiał ponieść ofiarę. Albo ty albo ja. Za bardzo Cię kocham, aby pozwolić Ci odejść – powiedział, po czym przestał dygotać i zamarł. Na zawsze.
Frau Mittwoch zaczęła płakać. Tak samo jak i cała publiczność z wyjątkiem mnie, Kuttina, Stocha (my jednak tacy podobni) i Fannemela (nie, jednak Fanniś jest moim bliźniakiem!).
Nie ogarniam ich. Wcale a wcale.
Spektakl skończył się po 22 i my, grzeczne skoczki poszliśmy spać. Tak bardzo spać, że musiałem pocieszać Domena i Anže, który zatrzymał u nas na noc, bo bał się nie wiem nawet czego. W końcu to mój kochany Anže. Drugi... Nie! Czekaj! Trzeci brat. Zapomniałem o tym beztalenciu – Cene.

°~°~°~°~°~°

No i jest rozdział! Krótki,bo krótki, ale jednak jest. I to się liczy!
Wyszła taka trochę telenowela z tym przedstawieniem, ale... Co to tam! Jest wykurwi... Dobra, nie! Postanowiłam, że od dzisiaj nie klnę.
Peterowych przygód ciąg dalszy, życie toczy się dalej, tym razem nie Norwegowie szaleją i zmieniają stan emocjonalny człowieka... Jaka ja nowa!
Pozdrawiam i... No, ten... Weny życzcie ;)



P.S. Szajba level Hajba do mnie powróciła! Chyba wpieprzę tu przez to Michiego, bo... No kocham go znowu jak cholera! (Srsly?! Kocham go ZNOWU?! Kocham go cały czas, tylko teraz bardziej.) Oceńcie ten pomysł.

piątek, 29 stycznia 2016

3. Kocham cię jak Finlandię!

26 XI 2015, czwartek

Ach, Finlandia! Gdyby był to post na fejsbuku dałbym „lubię to”. Kocham wszystko, co fińskie. Fińskie skocznie, fińskiego Mikołaja, fińskie dziewczyny, fińskie ciemności zimą, fińską-polską wódkę, fińskie odwoływanie kwalifikacji, fiński brak mojego brata... Ale przede wszystkim fińskie balangi u Piotrka Żyły.
Korzystając z okazji, że nie było dziś kwalifikacji, mój wspaniały kumpel z Polski (nareszcie był czas, aby poznać tego super gościa!) Piotrek wyprawił malutką, taką malusieńką, po prostu pyci, pyci imprezę, która była tak mała, że można ją było nazwać Rosją wszystkich imprez. Cały skoczny świat będący w Finlandii udał się wtedy do Żyły. Był tylko jeden warunek uczestnictwa... Każdy musiał coś przynieść. Ja, razem z całym słoweńskim teamem, wziąłem bigos, który specjalnie zacząłem gotować na tę okazję. Ja byłem szefem kuchni, Lanišek zastępcą szefa, Robert kucharzem pomocniczym, a Tepeš pracował na zmywaku. (Reszta ekipy tylko oglądała nasze magiczne wyczyny w kuchni, a potem, phi!, perfidnie podpięli się pod nasze 5-gwiazdkowe danie!!!)
Mam takie podstawowe pytanie: jak ci Polacy mogą robić takie coś do jedzenia?! Najpierw kiełbasa, kapusta, grzyby, woda, kapusta, ogórki, udko z kurczaka, pomidory, papryka, ziemniaki... Albo oni naprawdę jedzą coś takiego, albo Lanišek postanowił wymyślić swój własny przepis na danie. Po dłuższym namyśle i przypomnieniu sobie reakcji wszystkich zebranych na to jakże pyszne danie, uznaję jednak, że mój wspaniały kolega od narty i kuchni miał ambicje na stanie się słoweńską Geslerową. (BESOS!!!)
W każdym razie, my przynieśliśmy gar bigoso-podobnego czegoś, Francuzi przyjechali na wózkach sklepowych pełnych eleganckich serów pleśniowych i starych wykwintnych win, Czesi sprowadzili knedliczki prosto z Czech, Niemcy wtoczyli się z beczkami piwa (tylko wtedy, przez ten ułamek sekundy lubiłem tych pieprzonych Niemców), Austriacy przynieśli kotlety schabowe, Włosi zaopatrzyli nas w tony makaronu i pizzy, Japończycy złowili ryby w pobliskim jeziorze i zrobili sushi, Finowie przywieźli lód, dużo lodu, Norwegowie zajęli się sprowadzeniem tego, co należało do ich specjalności, czyli po wycieczce do sex-shopu przynieśli siatki pełne różnokształtnych stringów, kolorowych króliczych uszek, egzotycznych kubków w niecenzuralnych kształtach, jaskrawych boa oraz rur do tańca. Najbardziej jednak kocham Rosjan. Moi mili!!! Wybawiciele!!! Putinianie przynieśli czysty spirytus i ogórki. Rozstawili cały kram w rogu pokoju i handlowali towarem. Gdyby nie oni, na nic zdałaby się cała Finlandia Polaków!
Kiedy weszliśmy do sali zastał nas dosyć ciekawy widok... Na prowizorycznej scenie zrobionej z kilku drewnianych skrzynek grał nowopowstały zespół z Austrii - Hay-Kraft. Jak można się łatwo domyślić, tworzyli go Stefan i Michael. Kraft był wokalistą, a Hayböck grał na, o matko bosko!, gitarze. Ale zapierdalał z tym graniem! Ja nie wiedziałem, że chłop ma taki talent. W porównaniu do jego kolegi na wokalu... MOJE BIEDNE USZY!!! Do tej pory słyszę w głowie odę na cześć Kuusamo i jazgot Krafta.
Przy drzwiach stało stoisko wróżbity Macieja. Macieja Kota. Wróżył przeszłość zalanym Niemcom. A te głupie szwaby były na tyle głupie, aby nie ogarnąć, że opowiada im to, co już było. Zawsze powtarzam Laniškowi, kiedy zachowuje się jak debil, że jest głupi jak Niemiec. Ale wtedy nabrało to nowego znaczenia i ma opcji żebym kiedyś znów tak nazwał mojego kochanego, wiernego, uczynnego, pomocnego, pijanego Anže. Szczególnie to jego ostatnie wcielenie, bo wtedy można go określić jako „Przygarnij kropka”.
Podszedłem do barku prowadzonego przez Stefka Hulę i po krótkiej rozmowie i 20 kieliszkach wódki (Polskie! Finlandii!) odszedłem bawiąc się w narciarza alpejskiego, robiącego slalom.
Nim zdążyłem się zorientować, stery imprezy przejęli królowie wszelkich balang, mistrzowie szampańskiej zabawy, erotyczne maszyny, wzbudzające achy i ochy u wszystkich dziewczyn na całym świecie – Norwegowie. Wtedy zaczęło robić się fascynująco. Jedną z rzeczy, za którą jestem im wdzięczny jest to, że zrzucili Krafta i Hayböcka ze sceny, a raczej rozwalonej już sterty desek. Po prawej stronie sceny stanął Forfang, a po lewej Tande. Oboje trzymali jakieś cuś w rękach, niepokojące trzęsąc tą częścią ciała, która zazwyczaj tkwi w ukryciu. Między nimi siedział na krześle Gangnes.
- Nadeszła wiekopomna chwila! – krzyczał. – Moment, kiedy czas stanie w miejscu, pozostawiając was pod naszą norweską łaską! Już zaraz każdy z was poczuje się wolny i ubierze nasze kolorowe imprezowe uniformy! A teraz wszyscy doliczmy do 10, aby otworzyć NAJLEPSZĄ! IMPREZĘ! W WASZYM! ŻYCIU!!!
10!
9!
8!
7!
6!
5!
4!
3!
2!
1!
0!!!
Konfetti trzymane przez Forfanga i Tande wybuchły, a kryjący się u ich stóp Hilde i Fannemel wyskoczyli do góry, ściągając z Andrów niebieskie kombinezony. Przed oczami wszystkich pojawiły się dobrze mi znane stringi z naszytym wizerunkiem słonia. Johann tym razem wybrał niebieskiego. Tande jednak musi się udać po rozum do głowy, bo ubrał różowego.
- O kuźwa! – krzyczał głosem będącym odbiciem zbyt dużej ilości butelek Finlandii. – Jak je ubierałem to były zielone! Tom!!! Masz mi je natychmiast przebrać! Tu i teraz!
Hilde pokręcił trochę głową, ale po kilkusekundowej namowie Daniela, przełamał się. I zrobił to. Na oczach wszystkich. Kiedy to zobaczyłem, od razu pomyślałem, że Norwegowie to cholerne roboty stworzone tylko po to, aby spełniać seksualnie wszystkie baby na całym świecie. Bo to, co kryją pod warstwą spodni, kombinezonów, bielizny i kto wie czego, było... No dobra, przyznam z bólem – DWA razy większe od tego, czym ja mogłem się poszczycić. Już drugi raz! Co oczywiście nie zmienia faktu, że też należę do nielicznej grupy facetów 15+.
Po kilku sekundach przed naszymi oczami stał już Tande w zielonych stringach, tym razem z naszytą twarzą Waltera Hofera. Dobrze, że Króla nie było wtedy na naszej balandze! Tande zostałby specjalnie puszczony jutro w złych warunkach, o ile nie zdyskwalifikowano by go.
Kiedy wszyscy wpatrywali się w Tandego, Stjernen wszedł na scenę.
- Kto chce?! – zaczął krzyczeć, wyciągając z siatki parę kolorowych stringów.
Ja oczywiście prychnąłem w pogardzie do tego pomysłu, ale wtedy wszyscy wybuchli krzykiem, podnosząc do góry ręce jak dzieci w przedszkolu.
- Deszcz stringów!!! – ryknął Fannemel, pomagając rzucać materiałem.
Wszyscy zaczęli się rzucać na poszczególne wzory, a potem, jak gdyby nigdy nic, ubierali je na środku pomieszczenia. Stojący obok mnie Boyarintsev ubierał właśnie gustowne pomarańczowe stringi z tygrysem na przodzie. Zacząłem wzdychać, użalając się nad losem nowoczesnych skoków, kiedy dostałem zielonymi stringami z żabą w twarz.
- Moje! – wrzasnął Lanišek, ściągając je z mojej głowy. Spojrzałem na niego pytająco, na co odpowiedział: - Kocham żaby, dlatego czasem nazywam cię żabcią, Peterku mój ty kochany.
Były dwie opcje: 1) był zalany w trzy dupy, 2) był gejem. Znając Laniška, to i jedna i druga odpowiedź są prawidłowe. AHA. 
Po chwili poczułem czyjąś dłoń na ramieniu. Odwróciłem się i zobaczyłem Kamila, trzymającego granatowo-złote stringi w dłoni. Ku mojemu zaskoczeniu, takie same miał na sobie. Na przodzie naszyty był orzeł. I to nie byle jaki. Duży i okazały. Nie wiedziałem, czy długi dziób był zasługą czegoś większego pod spodem, ale postanowiłem nie drążyć tematu.
- Bliźniacy? – podał mi trzymane w dłoni identyczny materiał. Spojrzałem na nie, próbując się szczerze uśmiechnąć. Po chwili namysłu wziąłem je do rąk i postanowiłem się w nie przebrać. W końcu trzeba ratować przyjaźń z Kamilem w każdym calu! – Ja  Severin mamy takie same, więc będzie miło jeśli ty też będziesz naszym bliźniakiem.
Wtedy zza pleców Kamila wytoczyła się ta żmija. Ta perfidna żmija, która ukradła mi przyjaciela! Freund...
Zmierzyłem go wzrokiem i rzuciłem stringami na ziemię.
- Ach tak?! Czyli teraz on jest twoim nowym BFF?! – zacząłem krzyczeć jak debil. – Zostaw mnie już w spokoju! Wybrałeś jego, to szlajaj się z nim!!!
Wypadłem z pomieszczenia pełen złości. W oddali widziałem jeszcze jak wszyscy ubierają sobie kolorowe boa dopasowane kolorystycznie do stringów. Byłem tak wściekły, że nawet nie miałem ochoty się z nich śmiać. Przed oczami migały mi sceny jak Norwegowie zaczynają kurs tańca na rurze, Korniłow rozdaje ostatnie butelki spirytusu za darmo, a Japończycy gadają po Japońsku z Piotrkiem Żyłą. I on ich rozumiał.
Być może alkohol uderzył mi do głowy za bardzo, ale ściągnąłem swoje całe ubranie, rozrzucając je po całym korytarzu i, znalazłszy stringi takie same, jakie miał Piotrek, ubrałem je. Białe z uroczym kotkiem. Musiałem wyglądać w nich przesłodko. Zresztą, jak zwykle...
Podszedłem do Żyły i, jak gdyby nigdy nic, jakbym nie pożarł się przed momentem z moim przyjacielem o stringi, klepnąłem go w ramię.
- Jajamikiwajakotako – powiedział Piotrek. Po chwili otrząsnął się i dodał: - Przepraszam. Prowadzę skomplikowane zakłady z Japońcami o to, czy jutro odbędą się zawody. Itō, Takeuchi i Sakuyama uważają, że będzie jutro konkurs – normalnie. Kasai i ja uważamy, że nie ma szans. Choi i Zhaparov wstrzymali się od głosu.
Spojrzałem na Żyłę.
- Ale... Choi i Zhaparov nie są z Japo...
- Co?! – Piotrek spojrzał na nich. – A niech mnie! Pomyliłem się, he he he! W każdym razie założyliśmy się o butelkę sushi. Podobno dobra Japońska wódka.
Sushi to surowa ryba, chciałem go poprawić, ale uznałem, że lepiej nie utrudniać życia Japończykom. Później się dowie. Ciekawe, czy mu posmakuje...
Po chwili przysłuchiwania się ich rozmowie i wypiciu jednej butelki Finlandii, odszedłem, aby pooglądać jak Hilde i Forfang uczą zmasakrowanych Austriaków tańca na rurze. Postanowiłem do nich dołączyć. Wypadło na to, że moim instruktorem był Forfang, a w grupie uczniów znajdowali się Kraft, Poppinger, Hayböck, Wank i Klimov. Oczywiście wybrałem rurę z dala od Wanka. Jeszcze czego! Będę tańczyć na rurze w towarzystwie szwabów, którzy wyglądają pięknie i seksownie tylko wtedy, kiedy jest ciemno, a poza tym mają worek założony na głowie.
Kiedy rozkminiałem brzydotę Niemców, Wellinger stanął przede mną. I całe moje rozmyślania chuj strzelił! Te jego idealne niebieskie oczy i sterczące na wszystkie strony blond włosy, które wręcz wołają, aby zatopić w nich dłoń...
Patrząc na jego usta poruszające się powoli, składające kilka prostych słów, nie było dla mnie niczego bardziej idealnego.
- Peter!!! Słuchaj mnie! – wydarł się Wellinger. 
- Co, co, co? – powiedziałem, próbując uciec od rozmyślań nad idealnością tego Niemca. (A co mnie martwiło najbardziej? Że właśnie się zakochałem w NIEMCU!!!)
- Johann wymyślił, abyśmy dobrali się w pary i tańczyli ze sobą. Pomyślałem, że może... Ty i ja – zaczął się jąkać, patrząc na ziemię. – No wiesz, zatańczymy razem coś mega erotycznego. W końcu ty jesteś taki piękny i idealny, a ja taki...
- Piękny i idealny – wyrwało mi się.
- Naprawdę? W takim razie... Będziemy razem wyrywać wszystkie laski na całym świecie! – Andreas, który cieszy się jak dziecko... Nic piękniejszego na świecie nie ma! No dobra, ten widok znajduje się w TOP3 najpiękniejszych rzeczy na świecie.
Po półgodzinnym kursie nauczyciela Forfanga, tylko ja, Wellinger, Hayböck i Kraft trzymaliśmy się jako tako na nogach. Johann uznał, że w 5 możemy razem wystąpić przed resztą skokowego świata. Wtedy wyskoczył Hilde i zaproponował konkurs – Team Seksiak Hilde vs. Team Seksiak Forfang. Przeciwko nam stanęła żelazna, pijana 5: Hilde, Fettner, Asikanen, Kot i Fannemel.
- Sam sex – uznał Tom, prezentując swoją drużynę. – Może poza Laurim...
- Ej! Ja to słyszę! – oburzył się Fin.
- Wiem. Też cię kocham – odparł Hilde, patrząc na Asikanena swoim słodziutkim wzrokiem. – A teraz do boju, drużyno! Wygra sam sex!!!
- Och, Tom, ale to przecież zawody drużynowe, nie indywidualne – rzucił Forfang, szczerząc się niemiłosiernie. Wtedy uznałem, że jednak mógłby dołączyć do naszego małego sojuszu: Prevc, Wellinger & Forfang. Bjuti!!! – Gdyby miał wygrać sam sex, wygrałbym ja.
Nie, jednak by się nie nadawał. Albo jest taki pusty, albo taki pijany, że uznaje się za Zeusa skoków narciarskich. Czyli za Waltera Hofera.
- A idź ty głupi! – krzyknął pijany Michael. – Ja bym wygrał.
- Nie, bo ja! Sex 30 plus zawsze spoko – dorzucił Fettner.
- Phi! To ja tu jestem najsłodszy, najseksi, najmilszy, najmiększy, najwspanialszy – zaczął wyliczać Kot. – W końcu wszystkie koty takie są.
I wtedy wybuchła kłótnia i cały konkurs tańca na rurze poszedł się srać. Nie chciałem brać udział w tej kłótni, więc odszedłem. Przechodząc obok grupki robiącej karaoke, obrałem nowy cel. Co prawda, nie wiem, czy trójka, to już grupa, ale mniejsza z tym. Uśmiechnąłem się do Murańki, Huli i Laniška (Jest!!! Znalazł się mój skarb!!!).
- Mogę się dołączyć? – spytałem niepewnie.
- Tak! Zrobimy konkurs Słowenia kontra Polska! – wybuchnął radosny Klimek.
Czy wszyscy po pijaku chcą robić konkursy? Najwyraźniej tak, więc nie chciałem być gorszy, czy też inny...
- Dobra – odparłem radosny. – Co śpiewamy?
Lanišek wskazał dłonią na ekran komputera. „Wrecking ball.”
- Serio? – spytałem.
- Przegłosowane, Peter. Wszyscy to wybraliśmy – powiedział Hula.
Ostatecznie się zgodziłem. Co prawda z trudem, ale jednak. Przekonało mnie to, że przepijaliśmy każdą zwrotkę kieliszkiem, a śpiewaliśmy to kilka razy.
Potem tego pożałowałem, a dokładniej moje uszy. Dobra rada: nigdy nie pozwalaj pijanym facetom śpiewać piosenki Miley Cyrus! To się potem źle skończy!!!
Po 5:30 zalazłem się już w pokoju. Nie wiem jakim cudem, ale ostatnie co pamiętam, to to, jak razem z Fannemelem tańczyliśmy na dachu hotelu, krzycząc, że jesteśmy królami świata oraz rekordzistami w długości. (Nie wiem, czy dodawaliśmy, czego długości.) Ja i Anders to chyba teraz tacy dobrzy przyjaciele. Skoro Kamil mnie opuścił, niech wie, że ja mam go już gdzieś. Później obraz się urwał.

27 XI 2015, piątek

O kuźwa! Jaki kac!!! I na co było mi to picie? To boooooooooooooooli!!!!
Ale lepiej pić i mieć kaca, niż nie pić. Tylko co z tym kacem? Nie jest dobry, to na pewno. Ale czy jest aż taki zły? No nie wiem. Przywykłem. Czasami jest dobrym treningiem na skupienie. Wstań rano za potrzebą i traf do kibla mimo bólów głowy, które nieraz sprawiają, że wszystko przed twoimi oczami się potęguje albo pierwiastkuje. Czyli taka mała lekcja matematyki.
Aha! Czyli jednak kac jest mistrzowski! Bo czym byłoby życie bez kaca? Kac jest iście powiązany z piciem, a – jak mawiają w Polsce i bardzo się z nimi zgadzam – bez picia nie ma życia!
Dobra, przestanę filozofować!
Więc dzisiaj miały być zawody. I kwalifikacje. I treningi. Ale wszystko poszło w pizdu...! Walter zapoznawszy się z sytuacją i poznawszy stan trzeźwości wszystkich z nas uznał, że zawody należy odwołać. Niestety wszyscy związkowcy z każdego związku narciarskiego w danym kraju sprzeciwili się temu, uznając, że zawodnicy nie mogą stracić dobrego imienia, że muszą być niepijącym wzorem do naśladowania i z takiego powodu nie można odwołać zawodów. No to nasz kochany Walter wpadł na genialny pomysł! Polegał on na tym, aby ustawić pod skocznią tysiące wiatraków tak, aby każdy wiał z innej strony, a potem przenosić co chwilę zawody z powodu złych warunków atmosferycznych, czyli zrobić klasyczne Kuusamo.
Ja nie wiem jakim cudem nikt się nie zorientował, że to przez wiatraki, bo szum był tak duży, że przestałem słyszeć koła zębate poruszające się w głowie Laniška, kiedy próbował myśleć, z czym u niego bardzo ciężko. (Zastanawia mnie, jak takie coś może oddychać i patrzeć jednocześnie, a jeszcze do tego skakać w tym samym czasie to już w ogóle...)
W każdym razie ostatecznie decyzję o „przypadkowym” odwołaniu zawodów podjęto dopiero około... W Finlandii było ciemno, co nie jest dziwne, ale jak zapytałem się jakiegoś Fińskiego skoczka, nazywał się jakoś Hujo Oiaja, to powiedział mi, że jest 20. No to dobra, pięć godzin na skoczni z życia wzięte. I ten kac!
Czekaj! Wróć!... Juho Oiaja... Moje myśli naprawdę wędrują dziś w bardzo złym kierunku, tym bardziej, że dowiedziałem się, że podczas tego okresu, kiedy nic nie pamiętam, Wellinger się tak upił, że zaciągnął mnie do kibla (dosłownie zaciągnął) i... spróbował zgwałcić.
Wracając jeszcze do wczoraj: cofam to wszystko o cudowności szwaba Wellingera. Byłem zbyt pijany. I on też. Dzisiaj na skoczni omijaliśmy się szerokim łukiem. Jak szedłem środkiem drogi, to on specjalnie się cofał. Oboje byliśmy i jesteśmy zbyt zażenowani tym, co działo się wczoraj. I przez to pijactwo mam kolejnego wroga z Niemiec. Wroga, dokładnie. Nikt, nic, ani żadna sytuacja nie może podważać mojego rozsądku!

28 XI 2015, sobota

Hmm... Chociaż dzisiaj nie mieliśmy kaca, to po jednym treningu i kilkudziesięciu skokach w konkursie postanowiono, że skoki się nie odbędą. Wiatr. Po jaką cholerę znowu wiał?! Przepraszam, po jaką cholerę dzisiaj wiał?!
Poza tym ten system mrożący tory tylko w minusowych temperaturach.... Nie no, rzeczywiście inteligentnie. Szkoda, że temperatura przekroczyła zero i było +1.
Wszyscy wrócili do hotelu i natychmiast udali się na naradę z trenerami. Oczywiście tylko ci, co zdołali skoczyć w tej loterii. Ja do tych słabeuszy nie należałem. Ja zajmuję drugie miejsce w generalce i dobrze mi z tym. W sensie „dobrze”. Tak bardzo, że aż, kurwa, wcale! W ten weekend już tego nie poprawię, choćbym się zesrał!
Podczas gdy trwały narady z trenerami, ja i mój kumpel Anže popierdalaliśmy sobie w scrabble. Przez pierwsze kilka minut graliśmy uczciwie, ale potem Anže zaczął wymyślać jakieś nieistniejące wyrazy, więc rzuciłem tymi wszystkimi literkami i powiedziałem, że nie gram. Biedny młody zaczął szukać małych kawałeczków drewna z tymi literami, gadając coś o tym, że wypożyczył to z recepcji i zabiją go, jeśli coś zgubi albo nawet ukradnie.
Potem przyszli do nas Jurij, Semenič i Robert. Przynieśli ze sobą Monopoli i małą flaszkę (którą, tak na marginesie, wypiliśmy w kilka minut). Jak łatwo się domyślić, ta gra zakończyła się wojną i kłótnią. A to wszystko przez to, że Jurij, będący bankierem, wypłacił sobie 5 milionów nie wiadomo za co! Mówił, że przeszedł przez takie pole, gdzie musiał zebrać 5 milionów, ale nikt tego nie widział!
I tak zaczęła się wojna.
Po 10 minutach sporu Lanišek w końcu wstał i rozpierdolił planszę. Naładował sobie do ust kilka milionów i rozerwał dużą planszę na kilka części, rozrzucając hotele i domki na wszystkie strony. Jego mina była podobna do miny psychopaty siedzącego na specjalnym oddziale kilka lat. Mój kochany, biedny, Anže!
Jurij wypadł oburzony z pokoju i zatrzasnął za sobą drzwi.
Robert zaczął użalać się nad swoją grą, którą Lanišek mu perfidnie zniszczył.
Semenič opadł z sił po kilku kieliszkach wódki.
Ja pocieszałem Robiego. W końcu ktoś musiał to zrobić.
Lanišek wyciągał z między zębów kawałki papieru.
Nie wiem, co działo się z resztą. I szczerze, miałem to w dupie.

UWAGA! WIADOMOŚĆ Z OSTATNIEJ CHWILI! : Zawody zostały odwołane z powodu zbyt silnego wiatru, to prawda. I z powodu rozmrażających się torów. Tak. Ale wszyscy zapomnieli wczoraj wyłączyć wiatraki i stąd wziął się ten wiatr.
Kurwa.
Po 22 wszyscy musieli się złożyć na cholernie wysoki rachunek za prąd. Powiem tak: za to, co poszło na prąd, kupiłbym porządny, markowy motor. Czyli dużo.

°~°~°~°~°~°

Pan z Wami!
(I z duchem Twoim!!!)
Jeeej! Wróciłam do was z kolejnym rozdziałem udowadniającym moje niedojebanie mózgowe! Wytłumaczcie mi, dlaczego jakiś Trynkiewicz siedzi w mojej głowie?! Czemu ja jestem taka zboczona? A na dodatek szerze to w świecie! Przydałaby mi się jakaś terapia. Najlepiej ostra.
Rozdział bez Domena ”Demona" "Peppera" Prevca... A szkoda, bo miałam chęć go tu wcisnąć. (Mam nadzieję, że przypadkiem jednak go tu nie dałam!, bo byłoby głupio :/  Bardzo.)
O! Wracając do Zakopanego... Byłam, przeżyłam, zobaczyłam! Pięknie było ❤! Tylko jakiś wielkolud zasłonił mi lądowanie Prevca na 140 metrze i lot Kamila na 131,5 metra... Argh!!! Jestem zua, zua, zua z tego powodu! (Ale potem się doryłam do przodu i lałam z błędu jakim było życzenie sto lat Johannowi Andre Tande.)
Liczę na miłe komentarze, wmawiające mi, że nie szerzę zjebozy po świecie. Kłaniam się i pozdrawiam ;***
P.S. Mam nadzieję, że rozkochałam Was w Norwegach tym rozdziałem. 

wtorek, 19 stycznia 2016

2. Stop dla szwabów!

1 VIII 2015, sobota

Wydawać by się mogło, że dzisiejszy konkurs zapowiadał się dobrze. I, rzecz jasna, był dobry. W końcu było to letnie Grand Prix w Wiśle. A jak wiadomo, konkursy w Polsce są moim ulubionym po Planicy wydarzeniem sezonu.
Niestety...
Po pierwszej serii szanowny P. Prevc zajmował które miejsce? TRZYDZIESTE!
Byłem tak wkurzony, że kiedy schodziłem po schodach w dół, prawie przypierdzieliłem w twarz nartami kilku dziewczynom. 
Na szczęście drugi skok był taki, jaki chciałem.
Podniosłem się na 15 miejsce.
Oto magia Petera!!! BUM!!! I już jesteś DWA razy wyżej, niż przedtem. Otóż ta dwójka przekleiła mi się chyba do czoła. Co ja gadam?! To nie jakaś zwykła naklejka, którą można zedrzeć. To piętno odciśnięte rozżarzonym metalem.
Mam dość użalania się nad sobą!!!
Pieprzyć ten dziennik i sesję!!!
Znowu!!!

6 X 2015, wtorek

Żeby nie było: nadal jestem obrażony na:
  • ten dziennik
  • Jurija
  • drugie miejsca.

I napisałem to, aby zakomunikować, że jestem obrażony.
(Ależ to logiczne wyjaśnienie... I takie mądre...)
Podejście numer DWA (?!):
Napisałem to, aby zakomunikować, że chyba spalę ten dziennik.
(Lepiej.)

20 XI 2015, piątek

Nareszcie... Skoki!!!
Tego dnia nareszcie przyszła pora na pierwsze w tym sezonie kwalifikacje do konkursu, które... się tak jakoś nie odbyły.
Niemiecka precyzja... PFFF...
Niemcy są precyzyjni i w ogóle tylko wtedy, kiedy chodzi o odbieranie Kryształowych Kul. Poza tym może robią dobre samochody. Ale głównie potrafią wykradać najwyższe trofea.
Nie, słoweńskie samochody są jeszcze lepsze. Tylko pytanie brzmi: jakie są słoweńskie auta na potwierdzenie mojej teorii???

21 XI 2015, sobota

Znowuznowuznowuznowuznowu!!! 
Prowadziliśmy po pierwszej serii. Sporą przewagą. Baaardzo sporą. Ale co?
Ale co?!
Ale co?!?!?
Byliśmy drudzy! DRUDZY!!!
Wszyscy się śmiali, że to był historyczny moment, kiedy to dwóch Prevców zajęło swoje zaszczytne, drugie miejsce...

Domen i ja, Prevce dwaj.
Mamy drugomiejscowy haj. 
Goran się cieszy, Niemcy świętują,
A mnie te drugie miejsca irytują.

To mnie tak wkurwiło poruszyło, że stałem się jakimś cholernym poetą od siedmiu boleści! Stop!, wróć: od dwóch boleści. 
Kiedy wróciliśmy już do hotelu, zamknąłem się w pokoju i nie wpuszczałem do środka nawet Domena. Co z tego, że miał pokój ze mną? Głupi wysłannik Jurija! Specjalnie skakał tak jak skakał, a nie lepiej! Tepeš go opłacił!
Po godzinie mojego wkurwu level hard master pro, pod drzwi pokoju przyszła delegacja. Namawiali mnie, abym im otworzył, że ukradli Niemcom nagrodę za pierwsze miejsce i chcą mi ją dać, abym mógł zgładzić za jej pomocą wszystkich Niemców na całym świecie, a szczególnie tych, co nazywają się Severin Freund. A kto wymyślił tę ciekawą teorię o wszechobecnym mordzie za pomocą drewnianej figurki w kształcie lądującego skoczka? Lanišek. Czasami zastanawiam się, co ma w tym łbie, że czasami udaje mu się myśleć.
Ja byłem na (nie)szczęście na tyle nieugięty, że po półgodzinnych odach na cześć Petera II Prevca do moich pobratymców z drużyny dołączyli się jeszcze, o zgrozo!, Niemcy. Gdy usłyszałem, jak Severin mówi do mnie, że powinienem się cieszyć z tego miejsca, to normalnie mi coś strzyknęło w mózgu! Zacząłem się wtedy zastanawiać, czy mózg to na pewno galareta i czy nie można go przypadkiem złamać. Bo ten szwab jest idealnym dowodem na to, że to jednak jest możliwe.
W każdym razie po kilku godzinach błagania mnie o wyjście z pokoju, moi kochani pobratymcy ze Słowenii i dupki z Niemiec, postanowili rozbić obóz przed drzwiami. Po jakimś czasie dołączyli się do nich Norwegowie. I wtedy zaczęła się balanga. Hilde przytaszczył jakiś głośnik, Tande skołował żarcie (śmiem przypuszczać, że motywem przewodnim balangi był Bliski Wschód i Bomba Atomowa Imigrantów, bo po jakimś czasie zacząłem WIDZIEĆ opary dymu z dupy; zastanawiałem się wtedy, czy jeśli nie wyjdę, nie zastanę umarłe trupy moich kolegów, które piekłyby się na rożnie, a wszyscy Niemcy nie ściągnęliby masek i pokazałyby się twarze Freundów – klasyczne Freund tu, Freund tam, Freund wszędzie!), Forfang załatwił rurę, na której podobno tańczył – striptiz był podobny dobry – w rytm Titanica, a Gangnes przywlekł zestaw do karaoke. Reszta teamu też coś tam robiła. Jedynie biedny Fannemelek tłukł się do drzwi, mówiąc, że go w końcu zamordują za dyskwalifikację. Przekazałem mu alfabetem rekordzistów świata w długości lotu wiadomość, żeby wszedł oknem. No i po kilkunastu minutach wszedł. Inna sprawa, że miałem pokój na siódmym piętrze – to Fannemel.
Kiedy do mnie dołączył, zaczęliśmy knuć, jak pozbyć się obozu spod drzwi. Jednak gdy Polacy dołączyli do tej pieprzonej bandy Freundów i Tepešów, to zaczęło się dziać. Dziwny pech chciał, że przynieśli ze sobą Finlandię. Nie kraj, bynajmniej. Napój sprawiający, że ludzie przenosili się do Krainy Wiecznej Szczęśliwości. Chociaż w sumie... Jakiegoś tam Asikainena i Larinto zgarnęli po drodze. 
I w ten oto sposób zacząłem budować z Andersem paralotnię. Co prawda, proponował mi, abyśmy ubrali narty i wyskoczyli przez okno. Mielibyśmy dobry ciąg powietrza, przyzwoite warunki i zajebisty pogrzeb, dodałem wtedy w myślach.
Gdy dochodziła już 21:30, trenerzy zaczęli przychodzić pod moje drzwi po swoich pupilków. Przez dziurkę od klucza widziałem, jak próbują oderwać od rury Forfanga, który ubrany był tylko [osobom o zbyt wybujałej wyobraźni proponuję pominąć ten akapit – od aut.] w różowe stringi z naszytą na przodzie głową słonia. Jego wielkie uszy sterczały na bok, a trąba była dosyć długa. Jakby co, nie ta trąba, tylko ta słonia. Chociaż kto wie, co kryło się pod spodem... NAWET O TYM NIE MYŚL, PETER!!! TY DUPO, NIE CHŁOPIE! Taki Forfang to miał trąbę, którą mogły pokochać wszystkie baby na świecie w przedziale wiekowym od 1 do 100+. A ja? Ja mam tylko jakieś durne „Koral! Tylko tu najlepsze lody na świecie!”. (Po co mi tak w ogóle takie bokserki?!) 
Poza przypadkiem Johanna, równie dotkliwe i odciskające piętno na moim zdrowym umyśle było również zawodzenie Żyły, kiedy Kruczek wyrywał mu bimber kupiony od ruskich. Ta jego mina mówiąca „weź wszystko, tylko nie mój sok z gumijagód!”, była bez-ce-nna! 
Ku mojemu zaskoczeniu Stoch i Freund siedzieli razem ze sobą i jakby nigdy nic popierdalali sobie w chińczyka. To było wręcz niewybaczalne! Chciałem krzyczeć „Kamil! Ty zdrajco!”. Złamał mi moje biedne dwukomorowe, dwuprzedsionkowe serce. Czułem jak krwawi. Mój Kamil, MÓJ, grał sobie z jakimś tam dojczerem w moją ulubioną grę.
Po jakimś czasie dopadły mnie wyrzuty sumienia i otwarłem drzwi, przytulając do siebie trzeźwego jak żul pod sklepem Domena. Jak on mógł się tak upić? My, Prevce, nigdy nie pijemy! (Szczególnie wtedy, kiedy śpimy.)
Ledwo wypuściłem mojego młodszego, kochanego braciszka, a do pokoju wpadł Forfang, krzycząc coś o jakiejś psychopatce, co go goni po całym hotelu. Poniewczasie zauważyłem, że nareszcie pozbył się tych zajebistych stringów. Tylko szkoda, że jedyne, co miał na sobie, to seksowne czarne podkolanówki Hayböcka. I wtedy zrobiłem klasycznego face palma, z tymże przy okazji pieprznąłem w czoło zahipnotyzowanego Domena. Kiedy zobaczyłem, co go tak oderwało od świata, opadła mi szczęka. 
Powiem w skrócie: dłuższej trąby w życiu nie widziałem.
- Peter! Zamykaj te drzwi! – krzyczał do mnie Johann, siedząc na kolanach Fannemela. – Szybko, do cholery!
- Dopiero co chciałeś żebym je otworzył – odparłem powoli.
Wtedy do pokoju wpadła niewysoka brunetka. Kiedy wypatrzyła Forfanga, rzuciła się na niego, a potem wywlekła za drzwi. Biedny chłopak... Nie widziałem go już resztę wieczoru. Ale coś czuję, że miał dużo „ciekawsze” zajęcia od balangowania z Hildełem i królem imprezów Zioberkiem.
Przed 23:00 już wszyscy zniknęli spod moich drzwi, a ja i Domen poszliśmy spać. (Nie wiem tylko, co rano Forfang robił w moim łóżku[?!].)

22 XI 2015, niedziela

Gdyby kózka kwiecień plecień, to by ślimak chuj ci w dupę.
Tak opisałbym w skrócie mój dzisiejszy występ. Co prawda, podium jest. Ale nie to miejsce, co trzeba. Wolałbym być już nawet trzeci, ale DRUGI?! Goranie kochany, co ma pisiont twarzy!
Mogłoby się wydawać, że ze mnie taki debil i idiota, któremu wiecznie mało i nie potrafi się cieszyć z podium, ale ubiegły sezon mnie zniszczył. Rozwalił. Był dla mnie jak bomba atomowa! Niby taki solidny kopas w dupas żeby nie powtarzać błędów, ale jednak wyniszczający psychikę. (Cały ja! Zawsze muszę wszystko wyolbrzymiać!!!)
Kiedy wracaliśmy spod skoczni wszyscy gratulowali mojemu bratu miejsca w ”10”, a mnie klepali tylko po ramieniu i mówili coś o tradycji. Ja im, kurwa, dam tradycję... Nic tylko tasakiem przez łeb przejechać, skompromitować i rozwalić.

Wieczorem Norwegowie zaprosili wszystkich na wspólną bibę. Działo się...! Wszyscy byli szczęśliwi (albo przyszedłem po tym jak dobrali się do zapasów alkoholu) tylko Polacy wyglądali na takich trochę niewyraźnych... Nie mogłem odpuścić takiej okazji i sprowadzić Kamila z powrotem na swoją stronę. Wykradłem zatem Jurijowi jedną butelkę, wziąłem jakąś przepitkę i kupiłem od Korniłowa słoik ogórków. 
Tak zaopatrzony ruszyłem w stronę Kamila, a kiedy obok niego usiadłem, zaczął gadać o jakiejś pieprzonej trzynastce. Poklepałem go po ramieniu i położyłem na stole zapasy. Gdy to zobaczył coś zaczęło mu się świecić w oczach i od razu sięgnął po butelkę, mrucząc coś pod nosem.
- Ej! Nie wszystko dla ciebie! – krzyczałem próbując mu wyrwać flaszkę.
- Spokojnie – odpowiadał po każdym łyku. – Wychylylybymy!!!
Cokolwiek to oznaczało, musiało być iście polskie. Takie hasło rozpoznawcze dla Polaków: „Zapraszamy do Polski! Wychylylybymy!”
Kiedy oddał mi butelkę zostało już tylko odrobinę magicznego eliksiru szczęścia. Wypiłem tę resztkę i poszedłem po nową porcję soku z gumijagód. Gdy wstałem, Kamil złapał mnie za ramię i powiedział:
- Peter, nigdy nie miałem lepszego kumpla.
Zaczerwieniłem się ze szczęścia aż po koniuszku uszu. Żaden szwab nie będzie mi kradł przyjaciół! I tak zawsze wybiorą mnie :D.
Gdy wróciłem do Kamila... jego już nie było. Usłyszałem jakieś jęki pod stołem i wtedy wyjaśniło się niespodziewane zniknięcie Stocha. Pomogłem mu się podnieść, posadziłem go na krześle i zacząłem śpiewać mu kołysankę. 
Resztę wieczoru przesiedziałem obok Kamila, głaszcząc go po głowie, popijając wódkę, jedząc ogórki Korniłowa (polecam wszystkim!) i oglądając popisowy taniec Norwegów. (Oni chyba nie mają kości!!!)

~~~~~

Ajm bak!!! Przepraszam, że tak długo zwlekałam z rozdziałem, ale nie miałam czasu pisać... Poza tym... Tyle się wydarzyło! Peter został Mistrzem Świata, wygrał TCS, Kamil nie przeszedł Q... Ale w końcu rozdział jest! Głupi, bo głupi, ale jednak :)
Obiecuę, że następny będzie szybciej!
+ Takie pytanko: kogo spotkam na stadionie w Zakopanem? Oba dni sektor D :3
Pozdrawiam ;***

poniedziałek, 4 stycznia 2016

1. Ostracyzm, przegrana i bajlando

30 IV 2015, poniedziałek

Zaproponowałem dzisiaj trenerowi, by zastosował w naszej drużynie ostracyzm. Po długim przedstawianiu przeze mnie pozytywów całej tej akcji, Goran powiedział tylko NIE. No i... rzucił przed tym nudne i proste AHA.
Wyczułem, że przekazuje mi w ten sposób pewną wiadomość: pogódź się z tym.
Łatwo mu to powiedzieć!!!
Jeszcze żadna przegrana nie wbiła mnie aż tak mocno w ziemię, nie rozdarła moich myśli, wlewając w powstałe doliny gorycz i złość. 
Nie wiem nawet, co mam o tym myśleć.
Jestem skończony.
Jestem upadły.
Jestem na dnie.
Jestem beznadziejny.
Ale wtedy pojawia się w mojej głowie światło, mówiące mi zupełnie co innego, niż to, co przed chwilą dobijało mnie kołkiem do wnętrza gorącej kuli ziemskiej, do miejsca, gdzie panuje tylko magma.
Jestem wielki.
Racja, odrobiłem w ciągu jednego weekendu, dwóch konkursów aż 100 punktów. Ale... To się dla mnie tak jakby wcześniej nie liczyło.
No i w sumie nadal się nie liczy.
Gdybym mógł cofnąć czas, wróciłbym do konkursu w Vikersund albo Kuopio. W obu tych konkursach byłem 16. I to skazało mnie na upadek z ogromnej wysokości. A już prawie byłem na szczycie góry...

1 IV 2015, środa

Nie.
To nie żart. Ja na serio jestem DRUGI. Ja na serio nie przywiozłem do domu tej pieprzonej, głupiej, durnej i upragnionej KULI!!!
Jestem beznadziejny...
Pieprzyć tę terapię!!!
Pieprzyć ten dziennik!!!
Pieprzyć te skoki!!!
Pieprzyć moje narty!!!
Pieprzyć wszystkie moje medale!!!
Pieprzyć wszystko!!!

22 IV 2015, środa

Przełknąć smak ten porażki – nierealne.
W ogóle skoki narciarskie wydają się być takie nierealne. Udowadniają, że ludzie jednak potrafią latać, pokazują, że jeśli się czegoś bardzo pragnie, można przy dużym nakładzie pracy to osiągnąć. Ćwiczą wytrwałość. Skacząc, trzeba mieć naprawdę silne nerwy i trzymać je na wodzy. W innym wypadku, jeżeli myśli i nerwy wymkną się spod kontroli, można wiele tym przypłacić.
Nie wiem, o co mi w tym momencie chodzi, ale wiem jedno: DZISIAJ MIJA MIESIĄC ODKĄD STRACIŁEM KULĘ, chociaż ją zdobyłem.
Mówiłem, że skoki narciarskie są nierealne.

22 V 2015, piątek

Minęły. Już. DWA. Miesiące.
Dwa miesiące odkąd zakończył się sezon.
Nie wiem czemu, ale to już nie boli.
To pożera mnie żywcem, nie dając mi czasu na odczuwanie bólu, złości, czy zadręczanie się myślami: a co by było gdyby?
A co by było gdyby Jurij nie wygrał wtedy w Plamicy?
A co by było gdybym skoczył wtedy więcej, dalej?
A co by było gdybym był trzeci w tamtym konkursie; czy ból byłby ten sam?
A co by było gdyby to nie Jurij pozbawił mnie szansy na najwyższe osiągnięcie w karierze, na zdobycie najwyższego „odznaczenia” w skokach?
A co by było gdyby...?
I tak w kółko...

22 VI 2015, poniedziałek

Trzy miesiące.
Litości!!!
Po co ja to w ogóle liczę? Tak jakby miało to jakikolwiek sens, jakby złamało mnie to do tego stopnia, że myślę cały czas tylko o tym? Ja przecież myślę o tym zaledwie kilka... dziesiąt razy dziennie. Dobra, przesadzam. Zawsze lubiłem wyolbrzymiać problemy. Nawet takie „nieistotne”.

12 VII 2015, niedziela

Zaraz padnę!!!
Nie wierzę, że dałem się na to namówić!!! To jest po prostu nie do uwierzenia, że JA brałem udział w czymś takim!!! Przecież... żeby to zrobić musiałem chyba rzeczywiście być zalany w cztery dupy. A nawet i gorzej.
Zacznę jednak od początku, bo środek, a tym bardziej koniec tej historii jest niejednoznaczny. Nawet bardzo niejednoznaczny...
Jako, że mieliśmy weekend wolny od jakichkolwiek treningów, a szwagier kolegi kuzyna Jurija miał akurat urodziny, postanowiliśmy się trochę zabawić. No... może „ciut” więcej niż trochę.
Zgrupowanie mieliśmy w Kranju. „Zwykły przypadek” sprawił, że ten szwagier kolegi kuzyna Jurija mieszkał akurat 10 kilometrów od Kranja – krainy, gdzie marzenia się spełniają i wszystko jest takie, jakby się chciało – no to postanowiliśmy, jako drużyna, jeden wierny, pomocny team, wybrać się na, jak to Jurij nazwał, tradycyjny wystawny bankiet. Z tymże ta tradycja w nazwie nakazywała kupić pewien magiczny eliksir, zwany w szerokich kręgach piwem.
Cała nasza ekipa zrzuciła się zatem na zgrzewkę, bo uznaliśmy, że skoro to „wystawny bankiet”, to nie będziemy nikogo przytruwać alkoholem.
Błąd.
Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, każdy z nas swobodnym krokiem, na twardych nogach wyszedł z auta. Nejc i ja wzięliśmy ze sobą skrzynkę pełną butelek piwa, złocistego, pięknego płynu, którego do teraz mam dość oraz papierową torbę, do której Jurij coś wsadził. (Opłakane były skutki, kiedy sobie przypomniał po północy, że to ma... Chociaż wtedy nie narzekaliśmy.) 
I tak żwawym krokiem, z Jurijem na czele stanęliśmy na dosyć dużym tarasie. 
Jurij zadzwonił do drzwi, ale dzwonek nijak się miał do muzyki za drzwiami. Kiedy myślałem, że nici z planów, drzwi nagle się otworzyły, a w środku stał wąsaty, grubszy facet. Widać było po nim, że jest trochę taki niedzisiejszy. 
Wpuścił nas, uściskał i dopiero po trzech godzinach gadki i polewania uświadomił sobie, że ja to ja, Jurij to rzeczywiście Jurij, a każdy z nas, to rzeczywiście każdy z nas. A że wtedy był jeszcze bardziej urobiony, że tak powiem, to zaczął nam skakać do butów, całować je i w ogóle zachowywał się tak, jakby się do nas modlił. Oczywiście wstawał z podłogi, kiedy kolejka przychodziła na niego. Tego opuścić nie mógł.
Z niechęcią, albo dumą, przyznam, że do 23 nie tknąłem ani raz kieliszka. Ja chciałem być trzeźwy i ogólnie odgrywać dobrą rolę w tej całej, pijanej już zresztą, bandzie. Musiał ich ktoś ululać do snu i załatwić żeby Goran zgarnął naszą ekipę.
Przetrwałem ponad 4 godziny o zaledwie DWÓCH piwach. I dobrze mi z tym było; nawet bardzo.
Niestety po 23 Jurij założył się ze wstawionym już Cene o to, kto wypije więcej wódki i się nie zrzyga. Jako dobry brat odciągnąłem Cene od tego niedorzecznego pomysłu, ale odbiło się to na mnie. Bo wtedy to ja musiałem przejąć obowiązki brata. Tepeš naskoczył na mnie, że, cytuję: „skoro ty jesteś zawsze drugi nie musisz robić tego chłopakowi; choć i tak by przegrał”.
Wkurzyłem się.
Zgodziłem się.
Upiłem się...
I w ten sposób wypiłem od Jurija DWA więcej kieliszki. A tych kieliszków nie było 10. Nie!!! Było ich przynajmniej 50... Jak nie więcej...
No to byłem już wstawiony. 
Ledwo się trzymałem na nogach i przez kilka minut rzygałem jak kot. To było potworne uczucie. 
Ale wtedy miałem to gdzieś; poszedłem na zwiady do kuchni. Szukałem wszędzie gdzie się tylko dało jakiejś butelki. W mojej głowie kołatały tylko DWA słowa: więcej! wódki! Jak nigdy nie miałem skłonności do picia, tak wtedy czułem, że jedynie przez kieliszek pełen trunku mogę oddychać.
Kiedy wróciłem na werandę, gdzie piliśmy, Jurij dalej siedział przed koszem na śmieci ze zwieszoną głową. Jak mnie zobaczył, wiedziałem, że ledwo żyje. Ale gdy wypatrzył w mojej ręce jakąś butelkę (wziąłem byle co, mając nadzieję, że z Laniškiem zrobimy bimber), od razu wstał i chociaż się chwiał na nogach, co chwilę się potykając, wziął do rąk dwie butelki wódki i stanął przede mnie, prawie śpiąc.
Wtedy byłem pewien, że on już żyje w swoim świecie, ale musi z nami siedzieć. I pić. Bo: „ bez picia nie ma życia”.
Upadł przede mną na krzesło.
Ale tak łatwo się nie poddał i zażądał rewanżu. 
Tym razem był to konkurs pod tytułem: kto szybciej wypije całą butelkę 0,7... Nie wiem, czy jest to powód do zaszczytu, ale wygrałem walkowerem. W połowie butelki Tepeš się wywalił z krzesła i ponownie wyrzygał, mrucząc coś o światełku w tunelu i takim dziwnym włochatym potworem, trzymającym jego krzesło.
Dopiero po chwili okazało się, że tą wielką stopą jest Semenič. 
Wiedziałem, że to właśnie w tamtym momencie Jurijowi urwał się film. I od tamtego czasu nic nie pamiętał. W sumie: może to i dobrze. Bo flirtowanie i całowanie się z języczkiem z dostawcą pizzy, którego zdążył zaciągnąć na imprezę i razem z Laniškiem upić, nie należało bynajmniej do przyjemnych doświadczeń dla oczu i uszu. 
A potem jeszcze dla nosa.
Powoli zbliżała się 23:30.
Jednak nikt się nie poddawał.
Chociaż chodziłem na chwiejnych nogach, postanowiłem, że potańczę sobie z jedną z sióstr syna szwagra kolegi kuzyna Jurija (jak to teraz piszę, to wydaje mi się, że to nie mogło być normalnym bajlandem). Jednak byłem do tego stopnia „szczęśliwy”, że pomyliłem dziewczynę z Laniškiem. Pokochaliśmy się do tego stopnia, że nawzajem wyznaliśmy sobie miłość i wylizaliśmy sobie prawie każdy kawałek twarzy. Na szczęście uznaliśmy, że mamy nieświeże oddechy i odpuściliśmy sobie francuski pocałunek.
(Jak teraz o tym myślę, to jestem tak ogromnie szczęśliwy...)
O północy z prowizorycznego parkietu wyrwał nas przeraźliwy krzyk Robiego. Jak się potem okazało, zostaliśmy na sucho. Zero wódki. Zero piwa. Zero zabawy.
Ale właśnie wtedy Jurij przypomniał sobie, że wziął ze sobą w tej magicznej siatce pięć butelek polskiego Jack'a Daniels'a, czyli Żubrówkę. Jacy my byliśmy radośni... Cieszyliśmy się do tego stopnia, że Semenič, Lanišek, Cene oraz Robert postanowili zatańczyć “brekdens”. Skończyło się to na tym, że Lanišek wylądował w oczku wodnym, ciesząc się, że mu ryba do majtek wleciała, Kranjec trzasnął się łbem z Semeničem, a mój kochany braciszek usiadł na wymiocinach Jurija.
Niestety on to zapamięta...
Zapomniałem dodać, że Laniškowi się po chwili przypomniało, że nie ubrał dziś majtek. (Dobrze, że mu pamięć wróciła, zanim gacie ściągnął. Działoby się, oj działo!)
Kiedy skończyliśmy pierwszą butelkę, zaczęliśmy grać w prawda czy wyzwanie. Prawie zawsze wybierali wyzwanie. Ale to nie były pierwsze lepsze wyzwania, o nie! To były ekstremalne zadania.
Lanišek musiał wsadzić goły tyłek do akwarium w domu. Nie byłoby w tym nic śmiesznego, gdyby nie fakt, że nie wiedział, iż te „rybki” są wielkości mojej stopy. A ja mam dosyć spore stopy. Nawet bardzo.
W momencie, gdy je zobaczył, od razu zaczął uciekać, ale wleczący się na końcu Jurij złapał go przy samym wejściu. Po kilku minutach namawiania, Lanišek ściągnął spodnie i, trzymany za ręce przez Cene i Nejca, włożył zadek do wody. Miał wytrzymać dwie minuty (Jurij, który wymyślił to wyzwanie, uznał, że zrobi to na moją cześć; wtedy byłem mu za to wdzięczny; głupia szmata z niego!!!). Pech jednak chciał, że już po 30 sekundach czarna, węgorzowata ryba zaczęła mu wchodzić do dupy. Wydawał z siebie dzikie dźwięki; śmialiśmy się, że dostał orgazmu przez rybę.
Kiedy skończył się czas, wyszedł z akwarium z rybą uczepioną genitalii. I wtedy ktoś wpadł na kolejne wyzwanie: ktoś musiał ściągnąć tę rybę. Ustami. 
Na szczęście padło na Jurija.
On był już tak wstawiony, że nawet nie protestował i w kilka sekund pozbył się ryby. Lanišek był mu do tego stopnia wdzięczny, że zarzucił się na swojego wybawcę. Chociaż nadal nie miał spodni.
To było śmieszne straszne.
Od razu po założeniu przez Anže spodni, wyszliśmy na kolejną porcję zimnej wódki. Polskiej. Najlepszej.
Już po trzech kieliszkach zasnąłem na stole i od tamtej pory nic nie pamiętam. Od Cene wiem tylko tyle, że potem jeszcze wstałem i zabawiałem się w striptiz.
Naprawdę to zrobiłem?!

Chyba nie muszę mówić, że ranny trening nie wyszedł nam szczególnie. Te odległości, styl i ruchy były takie piękne i płynne, że nigdy nie były lepsze.
PO-RA-ŻKA!!!

°~°~°~°~°

DRUGI wpis na tym blogu!!! Taaak!!!
Nie ma co, czynię dosyć duże postępy. To już nie jestem ja sprzed roku, kiedy pisałam rodziały przez kilka miesięcy. (Choć tak naprawdę nie pisałam nic, tylko dzień przed opublikowaniem rozdziału było tylko: szybko, szybko! Pisz dużo, bo cię zabiję/ą...)
A tak z innej beczki: jak minął sylwester? Bo mnie na tyle bombowo, że zainspirował mnie do tego rozdziału.
Następny rozdział już wkrótce; mam nadzieję...
POZDRAWIAM ;***